środa, 3 listopada 2010

Żurawina

Gdy całkiem nie tak dawno temu rozmawiałam z Basią o starych sprzętach - o glinianych formach na babki, o stareńkiej makutrze, która służyła za psią miskę, o pamiątkach i antykwariatach - nie przypuszczałam nawet, że ledwie kilka dni później odnajdę tych starych przedmiotów tak wiele, że tyle opowieści na chwilę uzyska bardziej realną postać.

Końcem października, przed kilkoma dniami odbył się nasz rodzinny zjazd. Odbył się zjazd, w tym roku nad Narwią, w miejscu, gdzie zatrzymał się czas, w miejscu, o którym czas chyba zapomniał - tam, gdzie wychowała się Babcia i jej cztery siostry. Była przeprawa promem przez rzekę, były spacery, były najpyszniejsze winogrona wyhodowane przez ciocię Zosię i wujka Janka - ale przede wszystkim były spotkania - spotkania i rozmowy. Jakże inaczej słucha się opowieści o Pradziadkach, patrząc na żeliwne garnki, w których gotowała Prababcia, wiedząc, że o tam, na stodółce wiszą nadal krosna, na których tkała len - a to, że ser robiony tą właśnie praską musiał być najpyszniejszy, staje jasne jak słońce! Jakże inaczej słucha się o głuchym organiście stojąc w drewnianym kościele pod organami, na których grywał..

Przypomina mi się opowiadanie Andrzeja Stasiuka, opowiadanie zatytułowane Spokój*, taki fragment:

Styliska dwuzębnych wideł do podawania snopów zboża były gładkie, chłodne i śliskie. Próbowałem sobie wyobrazić, ile razy musiała ich dotknąć dłoń dziadka i babki, by leszczynowe drewno osiągnęło taką gładkość. Sto tysięcy dotyków? Milion? Powierzchnia drewna była delikatna i miała matowy połysk. W gruncie rzeczy przypominała powierzchnię ludzkiego ciała. To wydawało się całkiem naturalne, bo z biegiem czasu coraz mniej była drewnem, a coraz bardziej upodobniała się do człowieka.

I może w tym tkwi cała tajemnica starych przedmiotów? Lubię słuchać opowieści. Czasem bywam gadułą, ale zdecydowanie bardziej lubię słuchać. Lubię rodzinne historie, również te, które znam już na pamięć, również wówczas, gdy bez błędu odgaduję, w którym momencie pojawi się opowieść o białej mące i czarnych oczach, o karmieniu gęsi makówkami, o łowieniu ryb opałką - mam wrażenie, że w niektórych miejscach, dzięki sprzętom, których dłonie Bliskich, choć często nawet niepoznanych, dotykały te setki tysięcy, miliony razy, rodzinne historie czasem ożywają..A jaka jest historia Winnej żurawiny**? Bardzo krótka: któregoś roku zrobiłam trochę na próbę, słoiczki rozdałam jako gwiazdkowe podarki, po jakimś czasie usłyszałam, że za rok żurawiny musi być co najmniej dwa razy tyle. Tym razem słoiczków jest osiem :-)

Winna żurawina:

1,5 kg żurawiny
1 butelka wytrawnego lub półwytrawnego czerwonego wina
4 szkl. brązowego cukru
5 pomarańczy obranych i pokrojonych
3-4 łyżki octu winnego
9 strączków kardamonu
3 kawałki kory cynamonowej
15 goździków
kawałek świeżo utartego imbiru
świeżo zmielony czarny pieprz
odrobina otartej gałki muszkatołowej
3 ziarenka ziela angielskiego

Wszystkie składniki umieszczam w garnku, wlewam 0,5 l wina, gotuję na małym ogniu ok. 1 h. Po tym czasie wyjmuję cynamon (o ile go znajdę..), miksuję, gotuję jeszcze ok. 15 min., pod koniec gotowania dolewam resztę wina. Przekładam do wyparzonych słoików, pasteryzuję. Pasuje chyba do wszystkiego.Winną żurawinę przygotowuję zwykle z żurawiny wielkoowocowej. Jeśli zaś uda mi się zdobyć żurawinę błotną (na pierwszym zdjęciu ta mniejsza) robię galaretkę według przepisu ulubionej Cioci Karolci. Galaretki tej się nie gotuje, dzięki sporej ilości cukru przechowuje się jednak naprawdę dobrze - tego lata na Kajaki zabrałam słoiczek galaretki sprzed dwóch lat, była identyczna jak ta zrobiona wczoraj.

Galaretka z żurawiny:

1 kg żurawiny
1 kg cukru

Żurawinę myję, przepuszczam przez maszynkę do mięsa, dodaję cukier (ilość cukru można zmniejszyć o jakieś 10%, wg mnie nie ma jednak nawet takiej potrzeby), mieszam aż cukier się rozpuści, szybko przekładam do wyparzonych słoiczków. Pasteryzuję tak jak galaretkę z pigwy*** i przechowuję raczej w lodówce. Rodzinny przepis-skarb.
*Andrzej Stasiuk, Spokój, [w:] Fado
**Przepis na winną żurawinę znalazłam kiedyś u Tili, z czasem zmieniałam proporcje, wersja na dziś to ta, którą podaję wyżej.
*** Czyli: odrobinę spirytusu wylewam na galaretkę (bądź na rant słoika), podpalam, zakręcam.

21 komentarzy:

arek pisze...

Marze o takim spotkaniu. Od lat pedze i pedze i nie po drodze mi z rodzinnymi spotkaniami, ktore zawsze lubilem i uznawalem za b.wazne... Pamietam takie sprzety dziadka wygladzone jego reka, ktore podejrzewalem o to ze polakierowane ;)
Pozdrawiam mocno :)

Arvén pisze...

Piękne zdjęcia :) Przypominają mi okładkę jakiejś książki, ale nazwa mi wyparowała...
I przepis mi się podoba! Bardzo bardzo :)

lepszysmak pisze...

Piękne aranżacje! Wspaniały miałaś pomysł z tymi foremkami-sercami i żurawiną! Tylko pozazdrościć:) Pzdr Aniado

KUCHARNIA, Anna-Maria pisze...

Moniko! Zawsze czekam na Twój post i zawsze jestem pod wrażeniem! Cudowna rodzinna opowieść:) Mnie taki zjazd czeka za rok - będziemy obchodzić 100-lecie domu, który dał początek tylu niezwykłym ludziom i opowieściom!
Żurawina na Twoich zdjęciach piękniejsza od wszystkich jakie dotąd widziałam!
Pozdrawiam Cię serdecznie i ogromnie dziękuję za wyszperanie "blondyn"! Dzięki Tobie zagadka już rozwiązana:)

ewelajna pisze...

Moniko - urocze...! I wpis ( zjazdy rodzinne - coś niesamowitego...!) i zdjęcia i przepis na winną. Muszę jutro poprosić kogoś aby udał się za mnie na rynek po żurawinę - taka mi "chętka" przyszła na tę winną - zobaczymy czy jeszcze coś się da zrobić... A jak nie będę czekać na mrożona, bo jeszcze się nie pojawiły. Obiecuję... I Tobie i sobie...

monika pisze...

Arek > Arku, i ja często niestety omijam takie spotkania.. Zwykle raz do roku w mniejszym czy większym gronie udaje się nam spotkać, ale wiem że można by i częściej.. Mówisz -lakierowane sprzęty - wiesz że miałam podobne skojarzenia odnośnie pewnego krzesła? A to plecy tak oparcie wypolerowały :)

Arven > Dziękuję :) Jakbyś sobie przypomniała to chętnie bym sie dowiedziała co to za książka :)

lepszysmak> Aniado, nie zazdrościć, robić żurawinę! ;-)

Kucharnia > Aniu, jej dziękuję, rosnę po takich słowach :) Obiecuję wobec tego że niebawem wrócą notki dwa razy w tygodniu tylko się trochę bardziej ogarnę po przeprowadzce :)
100-letni dom, rety, niesamowite, to będzie na pewno piękny czas!
A blondyny - to ja Ci dziękuję za zagadkę, obawiałam się tylko czy nie psuję zabawy innym :)

ewelajna > Dziękuję pięknie :) Polecam z ręką na sercu tę zurawinę, tym bardziej że na pewno do połowy grudnia przynajmniej będzie do dostania świeża.. A jak się nie uda dostać to zawsze mogę się podzielić :)

Pozdrawiam Was ciepło i dobrej nocy :)))

margot pisze...

a matko kochana , jakie zdjęcie , Monika, jak będę pisać książkę kucharską :P to Ty i Basia będziecie fotografami jej ( tej książki :D)
normalnie przepiękne , tak normalnie przepiękne
Ja te winne zrobię na bank ,a te drugie jak uda się mi kupić polska żurawinę ,ale czarno to widzę ( to kupno :( )

aga pisze...

ale pysznosci zurawinowe nam serwujesz:) super:)

Olciaky vel Olcik pisze...

Lubię Twój zmysł artystyczny.
Zdjęcia bardzo, bardzo pozytywnie nastrajają.
Żurawinę mam w zasięgu ręki- nie wiem tylko czemu jeszcze nie zamknęłam jej w słoiczkach.
Pozdrowienia ślę, Moniko

Amber pisze...

Moniko, urok starych opowieści i przedmiotów jest tak zachwycający,że mnie rozczula i daje siłę na zaś...
Żurawina piekna u Ciebie. I winna i galaretka.Pysznie ją pokazałaś!
Pozdrawiam ze słonecznej Andaluzji!

viridianka pisze...

żurawiny świeżej nie widziałam w sklepach :( a tak bardzo chciałabym jej skosztować... chociaż ostatnio spotkałam się z kasztanami jadalnymi! a więc może i żurawinę niedługo znajdę, mimo że to zupełnie inna bajka :)

pozdrowienia ciepłe!

monika pisze...

margot > Alcia, to co, zaczynam już zbierać serduszkowe foremki żeby mieć co fotografować :D Bo że napiszesz książkę to nie wątpię :))) Dzięki piękne :)))

aga > :-)))

Olcik > Serce rośnie, o zmysł artystyczny to jeszcze nikt mnie nie podejrzewał, strasznie miło to czytać :))) Cieszę się że pozytywnie Olciu :) A żurawinę pozamykaj w słoiczki koniecznie :)))

Amber > Zgadzam się w 100% :) Jej, Andaluzja - to miłego pobytu, wygrzej się tam na zaś przed zimą! :)))

Viri > świeża jest kwaśna, chyba tak jak pigwa do jedzenia na surowo nie bardzo, ale w przetworach to co innego :) Naprawdę u Ciebie nie ma?

Ściskam i pozdrawiam Was ciepło :)

Kuchareczka pisze...

Oj, jakie ładne żurawinowe serca.
A galaerteka z żurawiny... Jestem takiej zamknietej w słoiku bardzo ciekawa.

ewelajna pisze...

Moniko, podzielisz się... niesamowite...:):):) Wyobraź sobie, że jednak nie będziesz musiała. Co prawda tylko we wtorki i piątki(dni targowe mam na rano - na 7, więc w żaden sposób nie skorzystam z dobrodziejstw targowych), ale wczoraj wysłałam gońca na rynek i przyniósł mi błotną - 4 litry:). Zatem z radością zabieram się za ważenie winnej:)

lo pisze...

Moniko, pięknie oddałaś te chwile wspólnie spędzone. Takie spotkania są cudowne i tak nas wzbogacają. Przepis świetny. Zapisuję i zrobię koniecznie. Pozdrawiam.

buruuberii pisze...

A ja juz wiem, ze nie "odzyskam" tamtych sprzetow Monika... Az lza mi sie zakrecila, bo to tylko rzeczy, ale zakrecila sie tez dlatego ze nie uslysze tamtych opowisci tez :(
Kilkanascie lat temu zabralam kolowrotek prababci, ale wcale nie pomyslalabym ze dzisiaj bede zalowac niecek do wyrabiania ciasta...

Kurcze, zurawine tez sie da tak na zimno jak porzeczke? Niesamowite!

Usciski Monika :-)

monika pisze...

Kuchareczka > Dziękuję ślicznie:))) Galretka - taka słodko kwaśna, dobra :) Pozdrowienia ciepło :)

ewelajna > a wiesz, ja to nie wiem co z tymi rynkami jest, one są zwykle otwarte w godzinach w których trzeba być akurat gdzie indziej, a koło 14 się zwijają, gdzie tu logika - nie mam pojęcia.. Ale cieszę się że zdobyłaś żurawinę, daj znać czy posmakuje :))) uściski ślę :)

lo > dziękuję bardzo :) żal tylko że tak rzadko udaje się spotkać i nigdy wszyscy razem.. Ale i tak jest dobrze.. Mam nadzieję że Ci posmakuje żurawina jeśli zrobisz :)I również ślę pozdrowienia :-)

buru > Basiu, co powiedzieć.. Nie przewidzisz czego kiedyś będzie żal a i tak te sprzęty ludzi nie zastąpią. Zawsze się tęskni,zawsze brak..

A żurawinę - no można, tylko ze skórkami trzeba ją zmielić :)To jest ta co do oscypka Waszego przywiozłam latem :)
Ściskam mocno Basia :-)

ewelajna pisze...

Zatem zrobiłam, proszę Panią;)... Zmobilizowałam się, zorganizowałam gońca, który przyniósł 4 litry. Zrobiłam i jest pyszna. Zamknęłam w słoiczkach i połowa powędruje do mojej najlepszej z sióstr:). Nie robiłam zdjęć, bo robiłam w tyg i już ciemno. Zrobiłam jeszcze pyszne babeczki:) i resztę zamroziłam.
Moniko, dziękuję pięknie za mobilizację:):)

buruuberii pisze...

Wiesz Monika, nie zastapia, ale gdy nie ma bliskich to czasem taka miarka do maki ktora mam po dziadkach daje jakas dodatkowa lacznosc, bardziej realna niz sen :))

Zurawina rzeczywiscie byla klasa, a wiesz ze Twe maliny w porto okazaly sie byc bodajze brusznicami? :)

monika pisze...

Ewelajna, dziękuję - wymarzony komentarz po prostu - strasznie się cieszę że Ci się spodobały :))) A babeczki już pędzę oglądać :)

Basia, no pewnie że tak, dlatego zbieram te szmatki, ściereczki wyszywane przez prababcię, w sumie o to mi w tej notce szło, czuje że się rozumiemy :)

A z tymi malinami - nie gadaj :D Kurczę no, tak to jest jak się całe lato robi przetwory a podpisuje hurtem we wrześniu i strzela które czerwone to brusznica, które malina z Porto, malina bez porto itd :D rety a to w ogóle miały być powidła z tego co pamiętam, ale mi głupio, jakoś Ci to wynagrodzę :D
Uściski dziewczyny

buruuberii pisze...

Monika, alez Ty mi nieczego nie musisz wynagradzac - brusznice pierwsza klasa :)) Dziekuje! A myslalam, ze tylko ja podpisuje wszystko z opoznieniem :D

PS. Kurcze, a ja mam tylko kolowrotek...