piątek, 24 sierpnia 2012

Boza

Najlepsze cukiernie w Serbii prowadzą Albańczycy. Co więcej - właściwie większość cukierni w Serbii prowadzą Albańczycy i wszystkie te cukiernie są świetne. Innymi słowy - w Serbii nic tylko jeść słodkości :-)

Każda wizyta w poslastičarnicy wiązała się z nie lada dylematem: baklava czy może kadaif? Tufahije, tulumbe czy chałwa*? Poważny choć słodki to dylemat, a przecież po wyborze słodyczy powstawał dylemat kolejny - co do picia? Tu wybór był mniejszy ale równie trudny - obłędna limunada, wyśmienita kahva czy może boza?

Boza to jeden ze znanych od najdawniejszych czasów napojów z fermentowanych ziaren zbóż. Na Półwyspie Bałkańskim niezwykle popularna, od kraju do kraju różni się gatunkiem zbóż, z których jest wytwarzana, sposób wytwarzania jest jednak jeden i bardzo prosty. Najkrócej mówiąc to po prostu kwas z kaszy, niemal to samo co znany i lubiany u nas kwas chlebowy, co więcej kukurydzianą bozę w Serbii robi się często ze zczerstwiałej kukurydzianej proji (rodzaj pieczywa) - dokładnie tak samo jak kwas chlebowy właśnie.
Bozę wyrabia się z kukurydzy ale tez z prosa lub z jęczmienia, raz bywa słodsza, raz mniej słodka, zupełnie biała lub cytrynowo-żółta, podaje się ją też różnie - ze słodkościami, z cynamonem, z prażonymi ziarnami (leblebi**) - taka czy inna zawsze jest pyszna.


Dziś zapraszam na bozę taką, jaką pamiętam z pobytu w Serbii, bozę kukurydzianą, słodką i bardzo delikatnie gazowaną, bardzo orzeźwiającą. Przepis jest z tych, które nie mogą się nie udać, jedyne o czym pamiętać należy to to, by nie przesadzić z ilością drożdży - boza jak każdy kwas bardzo lubi wybuchać.. Najlepiej smakuje dobrze zimna, z czymś przesłodkim, w Białymstoku podobno z chałwą***!

Boza - przepis z książki Domaća pića Gordany žukić i Marko Ivkovića:

250 g mąki kukurydzianej
5 l wody
10 g drożdży
250 g cukru

Mąkę zalać wodą, wymieszać, odstawić na 10-12 h. Zagotować, pozostawić na wolnym ogniu na godzinę-dwie, mieszając co jakiś czas. Odstawić do przestygnięcia, posłodzić. Drożdże rozrobić z odrobiną wody, dodać do ugotowanej i ostudzonej "kaszy", odstawić na kilka godzin. Gdy drożdże zaczną pracować (na powierzchni napoju pojawi się piana) przecedzić przez podwójnie złożoną gazę, rozlać do butelek (nigdy do pełna, grozi wybuchami), zamknąć butelki niezbyt szczelnie, schłodzić. Pyszne, orzeźwiające :-)

*Cukiernie w Serbii, BiH i pewnie w większości krajów byłej Jugosławii oferują z grubsza rzecz biorąc dwa rodzaje słodyczy - te tureckie/bliskowschodnie oraz te o rodowodzie austro-węgierskim (kremówki, strudle itd) - wybór między albańską poslasticarnicą a Cafe w stylu wiedeńskim bywa naprawdę trudny :)
**Przepis jesienią, na kwas chlebowy także!
*** O bozie (buzie) w Białymstoku pisał dawno dawno Czyprak Antoni - polecam serdecznie! :-)

poniedziałek, 30 lipca 2012

Lody jogurtowe z wiśniami

No i kończy się lato.. - zwykła mawiać Babcia Alinka w okolicach św. Jana. Rok w rok, końcem czerwca Babcia obwieszcza koniec lata -  na nic coroczne święte oburzenie całej rodziny, na nic kalendarz, który mniej więcej w tym samym czasie ogłasza lata początek, kole Jana dzień zaczyna się robić coraz krótszy, znakiem czego lato ma się ku końcowi. Babcia swoje wie. Definitywny koniec lata zaś następuje w kalendarzu Babci Alinki końcem lipca, wszak od św. Anki zimne wieczory i ranki - sierpień to już żadne lato.

Cóż jednak począć, gdy już po Ance, a wiśni nadal obfitość? Gdy pojawiają się wiśnie to znak, że lato w pełni, póki wiśnie, borówki, porzeczki - lato nie myśli się kończyć. Przynajmniej w moim kalendarzu :-)
 
Gdy lato w pełni, gdy lato upalne, parne, nie ma nic lepszego niż makaron z owocami, niż zupa owocowa, niż owocowy koktajl. A jakby tak lody o smaku wiśniowego koktajlu? Lody jogurtowe z wiśniami to moje olśnienie sprzed lat pewnie trzech, może czterech, takie lody pojawiły się w cukierni w Pieckach, cukierni, która ma swoje okienko też w Szczytnie. Wieczorny spacer na jogurtowe z wiśniami to obowiązkowy punkt każdej letniej wizyty w moim rodzinnym mieście - w tym roku cukiernia z Piecek eksperymentuje ze smakami, pojawiły się lody jogurtowe z czarnym bzem, z kawałkami ananasa, bardzo pyszne, żadne jednak nie mogą się równać z lodami wiśniowymi, z lodami letnimi jak jogurt z owocami, z lodami o smaku lata.
Przepis na lody jogurtowe znalazłam jeszcze wiosną u Anoushki, z tęsknoty za latem i za Mazurami wypróbowałam i dziś, gdy lato w pełni, a wiśni wciąż jeszcze zatrzęsienie, z wiśniową złotą kropką, podaję dalej. Są idealne, dokładnie takie jak z mojej ulubionej mazurskiej cukierni, i słodkie, i kwaskowe, letnie - przedobre!

Lody jogurtowe z wiśniami - za Anoushką + wiśniowe 3 grosze ode mnie (a inspiracja z cukierni Piecki):

500 g gęstego jogurtu
250 ml śmietanki 30%
250 ml mleka
5 łyżek cukru
wiśnie zasypane na chwilę cukrem i odsączone*

Jogurt wymieszać z mlekiem, posłodzić, mieszać do rozpuszczenia cukru. Śmietankę ubić, połączyć z masą jogurtową. Dodać wiśnie, wymieszać, zamrozić (podczas mrożenia przemieszać kilka razy, mniej więcej co 30 min.). Pyszne, jak letni koktajl.

*Nadadzą się też suszone. Świeże powinny puścić trochę soku, żeby po zamrożeniu lodów nie były kamienne.

piątek, 6 lipca 2012

Kruche z jagodami

Jak powszechnie wiadomo (choć niektórzy nie wiedzieć czemu próbują się z tą niepodważalną wiedzą kłócić) ciasto idealne to ciasto drożdżowe - drożdżowa bułeczka, drożdżowa buła, drożdżowa baba nie ma sobie równych - tak jest i już. Bywa jednak i tak, że okoliczności przyrody nie pozwalają w pełni docenić walorów owego ciasta doskonałego,  ciasto zagniatane przez 20 min. w 30 stopniowym upale ma się ochotę cisnąć za okno by nie przypominało o hektolitrach potu nad nim wylanych, sama myśl o zagniataniu, czekaniu, znów zagniataniu, znów czekaniu powoduje ciskanie gromów w kierunku ewentualnego placka - wówczas ..
Wówczas kruchego z borówkami nie przebije nic - tak właśnie jest. I już :-)

Doskonałe kruche z borówkami podają w praskiej Café Louvre* - cieniutkie kruche ciasto (wedle menu - linckie), borówki, gałka waniliowych lodów - nic dodać, nic ująć. Czasem mam ochotę spróbować w Louvrze czegoś innego (choćby naleśników z rumovými rozinkami), borůvkový koláč jest jednak zwyczajnie uzależniający i znów kosi konkurencję w przedbiegach.

Opowiadałam kiedyś o moim ulubionym praskim ciastku z jagodami Basi - upewniwszy się, że mówiąc jagody mam na myśli borówki, Basia strzeliła od razu: A nie mówisz przypadkiem o borówkowym z Cafe Louvre? No przecież, że tak!
Domowe ciasto z jagodami przygotowuję na najzwyklejszym, dobrym kruchym spodzie - nie za mocno maślanym, żółtkowym, czasem z wanilią, czasem z cytrynową skórką, zazwyczaj i z wanilią i z cytrynową skórką. Spodu nie podpiekam, ma być szybko, ma się trochę rozwalać, ma trochę brudzić, w końcu cóż bardziej letniego od rąk granatowych od jagodowego soku? :-)

Kruchy placek z jagodami znanymi również jako borówki, ale tym razem pieczony na Mazurach więc przecież jagody :-) - z kajecika:

2 szkl. mąki
0,5 szkl. cukru
100 g masła
2 żółtka
skórka otarta z cytryny
wanilia

1 l jagód
 3 łyżki cukru

cukier puder do posypania

Mąkę posiekać z masłem, dodać resztę składników, zagnieść ciasto, schłodzić w lodówce przez ok. 1h. Ciasto wyłożyć na blachę, schłodzić jeszcze raz (30 min. wystarczy),  posypać jagodami i cukrem, piec ok. 30 min. w 180'C. Po przestudzeniu posypać cukrem pudrem. Lato!
*Będąc w Pradze Café Louvre odwiedzić po prostu trzeba - w moim przypadku było to trochę tak jak z owym kruchym z borówkami - znalazłam Cafe Louvre i nie muszę szukać dalej - naprawdę warto wdrapać się na drugie piętro kamienicy przy Narodni 22 po to by pogapić się na fontannę, na mapę z kawiarniami "w wiedeńskim stylu" i na witrynkę z łakociami, po to by usiąść przy stoliku w kawiarni, w której przesiadywać podobno lubił pan Einstein, po to by wpałaszować borůvkový koláč!

środa, 13 czerwca 2012

Chleb oliwkowy

Wiele osób, które poznałam w czasie studiów, opisać mogłabym najkrócej za pomocą słowa barwny. Marka zwanego Kozłem, jednego z moich współlokatorów ze studenckiego mieszkania na Przymorzu, znałam jeszcze w liceum, nie zmienia to jednak faktu, że określenie barwna postać pasowało do niego jak ulał. Poza kilkoma zdecydowanie barwnymi cechami osobowości oraz zakonserwowanym w alkoholu wieprzowym sercem, które to serce przez rok stało w litrowym słoju na naszej wspólnej lodówce, Marek posiadał pewien, rzekłabym, zwyczaj. Otóż zawsze, gdy w jego zasięgu pojawiała się jakakolwiek potrawa z oliwkami, musiał on spróbować choćby jednej oliweczki. Nie, nie był Marek smakoszem oliwek, wprost przeciwnie - nie cierpiał oliwek jak zarazy, a próbował, jak twierdził, tylko po to, by przekonać się, czy nadal ich aż tak bardzo nie znosi..

W czasie studiów poznałam też pewną Ewę - Ewę, która świetnie gotuje, a jeszcze świetniej gotuje Jej mąż, człowiek-orkiestra, kucharz, DJ i wykładowca akademicki w jednej osobie. Pewnego razu, w czasie jakiejś rozmowy o gotowaniu, Ewa wyznała szczerze, iż ona bardzo chętnie dzieli się przepisami, podaje je jednak w dość specyficzny sposób - pomijając zawsze jeden lub dwa składniki, bez których potrawa, owszem - uda się, nie będzie jednak smakować TAK jak u Ewy.. Bo Ewa lubi mieć gości, więc jak komuś u Ewy smakuje, to niech do niej przychodzi a nie gotuje sobie sam w domu, a co! No i usłyszeć "Tak ugotować to tylko ty potrafisz" też jest miło, nieprawdaż? :-)

Traf chciał, że właśnie Ewa piekła pewien pyszny chleb, chleb który smakuje oliwkami, pachnie oliwą, obłędny oliwkowy chleb (a jeśli wcześniej tego nie napisałam, to dodam, że w przeciwieństwie do Marka Kozłem zwanego oliwki uwielbiam) - nie spytałam o przepis, o nie! Skoro Ewa chce mieć gości, to nie ma sprawy :-)
Jakiś czas temu wypatrzyłam jednak przepis na oliwkowy chleb u Oczka - upiekłam więc, czemu nie?
Ten chleb to bardzo szybki, moim zdaniem idealny na lato chleb, świetny do wszelkich śródziemnomorskich past i dodatków, fantastyczny z pesto, doskonały z pastą z suszonych pomidorem, cudowny z hummusem i warzywami - tylko niech to lato już przyjdzie :-)

Chleb oliwkowy - na podst. wspomnień i przepisu Oczka:

500 g mąki
18-20 g drożdży
3 łyżki dobrej oliwy
1 szkl. ciepłej wody
0,5 łyżeczki soli
oliwki

Zrobić rozczyn, oliwki posiekać niezbyt drobno (lub wcale). Z mąki, soli, rozczynu, wody i oliwy zagnieść elastyczne ciasto, odstawić do wyrośnięcia (powinno mniej więcej podwoić objętość). Wyrośnięte ciasto zagnieść szybko z oliwkami, przełożyć do keksówki, pozwolić jeszcze raz wysrosnąć, przed pieczeniem posmarować po wierzchu oliwą. Piec 35-40 min. w 200'C. Bardzo oliwkowy, pyszny.

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Na kruchym spodzie - makaroniki z różą

It was my job, aged 5, to gather rose petals to make jam. Each day, together with the local bees, I carefully inspected the deep green, wild rose bushes around the house to search for any newly opened buds. I had to be patient and wait for the June sun to assert itself, and mountains wind to stop howling at the fragile, early summer days. Finally, one magic morning, a bush would wake up from its green sleep and large pink flowers would greet the rising sun.
Beata Zatorska, Rose Petal Jam

Opowieścią o czerwcowych porankach małej dziewczynki, opowieścią o róży zbieraniu rozpoczyna się magiczna książka. Rose Petal Jam Beaty Zatorskiej, bo o niej mowa, to książka niezwykła, najpiękniejsza książka o polskiej kuchni jaką do tej pory dane było mi czytać, oglądać.. Właściwie wystarczyło to, że autorka zdecydowała się zatytułować książkę o kuchni właśnie tak, Konfitura z płatków róży, wystarczył rzut oka na okładkę, bym wiedziała, że to będzie TA książka, jedna jedyna książka z przepisami z Polski, którą będę polecać każdemu. Lektura i oglądanie, podziwianie ciepłych, letnich fotografii (autorstwa Simona Targeta, męża autorki) tylko pogłębiły to przekonanie - naprawdę, nie widziałam jeszcze ładniej wydanej*, nie czytałam piękniej napisanej książki z przepisami, przepisami i historiami, bo tak brzmi podtytuł Rose Petal Jam - Recipies and Stories from Summer in Poland.

Bo książka ta to nie tylko przepisy (klasyczne, domowe), to również opowieści, historie rodzinne, wspomnienia z dzieciństwa spędzonego w południowo-zachodniej Polsce i wrażenia autorki z pobytu w kraju po kilkudziesięciu latach nieobecności oraz wrażenia jej męża, który Polskę odwiedził po raz pierwszy. Pełne ciepłych uczuć historie, raz wzruszające, raz rozbawiające do łez, garstka przefiltrowanych przez wspomnienia informacji o miastach, miasteczkach, przyrodzie i zabytkach oraz historie kuchenne - kuchenne obrazki z dzieciństwa i migawki z odwiedzin po latach, wspaniała książka..

A róża? Kwitnie! W Małopolsce róża w pełni rozkwitu, na Mazurach pewnie niebawem rozwinie płatki (z tego miejsca uśmiecham się szeroko do mojej Mamy :-)) - czerwiec za pasem, więc czas na róży zbieranie, róży ucieranie, czas na smakołyki z różą w roli głównej!
Przed rokiem pisałam o makaronikach z różą, o klasycznych orzechowych makaronikach jakie znaleźć można w starych książkach kucharskich. Dziś makaroniki na kruchym spodzie - gdzieś przeczytałam, że to smakołyk krakowski, jak jest naprawdę - nie wiem, wiem jednak, że takie właśnie makaroniki - z różą i na kruchym spodzie w Krakowie były przed laty bardzo popularne, tak powiedziała mi Anitka***, a Anitka wie co mówi :-) Dodam jeszcze, że takie właśnie makaronki do dziś wypieka cukiernia Joasia, to żadna reklama, informacja jeno, upiec klasyczne makaroniki można w każdym piecu - w przeciwieństwie do współczesnych wariacji udają się zawsze i każdemu!

Makaroniki "krakowskie" - inspiracja: makaroniki z cukierni Joasia w Krakowie, przepis na podstawie tego przepisu na makaroniki Róży Makarewiczowej:

kruchy spód:
90 g masła
150 g mąki
50 g cukru
1 żółtko

makaronik:
100 g orzechów włoskich
100 g cukru pudru
1 białko


Ciasto zagnieść, schłodzić, cienko rozwałkować, podpiec w 190'C (ok. 15 min.). Orzechy drobniutko zmielić (razem z połową cukru). Ubić sztywną pianę z białek i reszty cukru, wymieszać ją bardzo delikatnie ze zmielonymi orzechami. Na przestudzonym spodzie rozprowadzić cienką warstwę róży oraz masę makaronikową, piec ok. 20 min. w 150-160'C. Po wystudzeniu pokroić w prostokąty. Pyszne, różane.
*Wychodzi na to, że robię tu dziś jakąś straszną reklamę, ale mówię z ręką na sercu - nie często trafia się na tak dopracowaną i po prostu ładną (format, papier, zdjęcia, czcionki, układ graficzny, nawet zakładki!) książkę o polskiej kuchni, co więcej forma idzie tu w parze z przepiękną treścią - o takiej książce można pisać tylko dobrze :-) Dodam jeszcze, że Rose Petal Jam przeczytałam do dziś już nie raz jeden (po raz pierwszy zeszłego lata**) i wracać do niej będę nie raz i nie dwa!
 ** Na szczęście autorka zapowiada kolejne tomy na kolejne pory roku, czekam niecierpliwie na Sugar Orange Peel i zimowe opowieści :-)
***Przepis Anitki jest nieco inny, ja pokombinowałam na własną rękę ze starymi przepisami - jak to się wszystko ma do oryginału - nie mam pojęcia. Pewnie oryginał był więcej niż jeden ;)

P.S. O Rose Petal Jam i makaronikach z różą pisze w tym tygodniu również Basia - buru, cytując Basię: czasem wychodzi na to ze sie mozna umowic bez umawiania! - polecam gorąco :-)

czwartek, 24 maja 2012

Sezamki

Któregoś dnia, podczas codziennej "prasówki", trafiłam na komiks Academic Dress Code   - przypomniała mi się wówczas pewna rozmowa z kolegą Bartoszem o bardzo słodkim przezwisku, rozmowa o modzie męskiej na naszym wydziale. Ustaliliśmy wówczas co następuje: niezmiennie w modzie są kolory ziemi i nieba (dżins ;)) i oczywiście uniwersalna czerń, garnitur nie jest mile widziany a garnitur z krawatem to absolutne modowe faux pas. Absolutnym modowym must have jest natomiast sztruksowa marynarka, kolor preferowany - brąz, kolor czarny jest również akceptowalny. Dodam, że jest to moda obowiązująca niezależnie od pory roku, komiks pokazuje również, iż obowiązuje na co najmniej dwóch kontynentach ;-)

Oczywiście, jak wszędzie tak i u nas, były i osoby, które za nic miały wszelkie "trendy", sztruksowe marynary zostawiały w szafie a na wydziale pojawiały się np. w niezniszczalnym fioletowym polarze, śmietankowym garniturze, bądź choćby w zestawach trapersko-militarnych. Był też pewien doktor, któremu imponującej kolekcji koszulek ze śmiesznymi napisami zazdrościli chyba wszyscy - mi szczególnie utkwiła w pamięci koszulka z uroczym hasłem: Everything I know I learned on the street. Sesame Street.

O tym, że uwielbiam sezamki nauczyłam się jednak nie na ulicy Sezamkowej, lecz zapewne na którejś z ulic Novego Sadu. Bałkany bowiem, mimo wszelkich swoich zalet, mają też jedną przeogromną wadę. Otóż.. nie ma tam sezamków! I o ile wcześniej bez problemu mogłam bez sezamków się obyć (lubiłam ale nie do szaleństwa), tak wówczas okazało się, że sezamki są wprost niezastąpione i jak to w ogóle może być, żeby w żadnym sklepie nie było ani jednego sezamka? ;-)
Dziś proponuję przepis na sezamki z przyprawami, chrupiące i słodkie, domowe sezamki z delikatnym aromatem przypraw. Przyprawy podpatrzyłam w książce Taste of Israel, przepis na same sezamki zaś to po prostu stary przepis na makagigi, bardzo zresztą do przepisu na Sesame Bars podobny. Rzecz jasna, tak jak mak można było zamienić na sezam, tak sezam można zamienić na jakiekolwiek orzechy, wtedy to już jednak nie będą sezamki :-)

Sezamki - inspiracja: przepis na Sesame Bars z książki The Taste of Israel: A Mediterranean Fest Avi Ganora i Rona Maiberga oraz przepis na makagigi M. Disslowej:

200 g sezamu (białego i czarnego)
150 g cukru
150 g miodu
1-2 łyżki soku z cytryny
szczypta zmielonych goździków
szczypta świeżo mielonego czarnego pieprzu
mniejsza szczypta cynamonu

Sezam uprażyć na suchej patelni i wymieszać z przyprawami. Z cukru i miodu zrobić nie za ciemny karmel, dodać sok z cytryny, bardzo szybko i dokładnie wymieszać z sezamem, zdjąć z ognia. Masę rozprowadzić na papierze do pieczenia na grubość ok. 5 mm, po lekkim przestudzeniu pokroić i zdjąć z papieru, wystudzić do końca.Pyszne, chrupiące :-)

środa, 16 maja 2012

Z Mazur, z syropem sosnowym

Gdy myślę las, widzę sosny i świerki. Las ciemny, las gęsty, sosnowo-świerkowy mazurski las. Lubię moment, gdy droga na Mazury, wiodąca skądkolwiek, robi się coraz węższa i coraz bardziej kręta, gdy wjeżdża się w mazurski las i robi się coraz ciemniej, jakby chłodniej, rześko. Zabrzmi to pewnie sentymentalnie, ale właśnie wtedy czuję, że jestem już w domu, że jestem u siebie. Coraz bardziej u siebie czuję się już i w południowych, liściastych lasach, las w mojej wyobraźni to jednak właśnie ten mazurski - ciemny, gęsty, sosnowo-świerkowy..

Jadąc na Mazury z Warszawy, w ten gęsty, ciemny las wjeżdża się niemal dokładnie na dawnej granicy Prus Wschodnich*. Kilka chwil później pojawiają się i bauernhofy, charakterystyczne domy z czerwonej cegły, pojawiają się pordzewiałe żeliwne krzyże, Prusy Wschodnie zaczynają się jednak ścianą szpilkowego lasu. Dużo w tych lasach i jałowców (zwanych tu kadykami), dużo jagodowych krzaczków, poziomek, gdzie niegdzie na obrzeżach brzeziny, czarny bez.

Przed czarnym bzem zdejm kapelusz, przed kadykiem pochyl kolano - las to jedno z głównych źródeł strawy dawnych mieszkańców mazurskich ziem - las i jezioro. Darom lasów i jezior kilka rozdziałów świetnej książki Niezapomniana kuchnia Warmii i Mazur poświęciła Małgorzata Jankowska Buttita, sporo w tej książce też informacji na temat dawnych mazurskich deserów. A wśród nich mowa o pszennych plackach. Pszenne placki, czyli po prostu naleśniki, jedzono  w Prusiech głównie na słodko, jako deser - z cukrem, z owocami, z syropami. Z podobnego ciasta pieczono też tzw. wafle czyli gofry - w żeliwnych żelazkach stawianych bezpośrednio na kuchennej płycie - dużo takich żelazek można do dziś znaleźć w starych chałupach i na złomowiskach. Największym łakociem były podobno wafle pieczone na siarze - pierwszym mleku tuż po narodzinach cielaka - taka ciekawostka.

Jakiś czas temu w Szczytnie, w restauracji Mazuriana trafiłam na deser, który ucieszył mnie jak mało które danie - tak, mam w zwyczaju narzekać, że Polska to taki dziwny kraj, gdzie bez problemu można zjeść dania kuchni włoskiej, indyjskiej czy jakiejkolwiek innej, natomiast znalezienie miejsca, gdzie serwuje się tradycyjne  dania polskich kuchni regionalnych graniczy z cudem czyli niemożliwością.  Naleśniki z mazurskim syropem z sosny, bo jeśli mnie pamięć nie myli pod taką nazwą deser ten figuruje w karcie Mazuriany to moim zdaniem doskonała interpretacja mazurskiej tradycji kulinarnej. Mazurska sosna, pszenne placki, od siebie dodaję garstkę mazurskich jagód (w lecie świeże, poza sezonem suszone - mogą być lekko namoczone w rumie**) - prosto i pysznie! A na Mazurach sosna właśnie wypuściła pędy :-)


Pszenne placki z syropem z pędów sosny - inspiracja Mazuriana i Niezapomniana kuchnia Warmii i Mazur:

1/2 szkl. mąki
1 szkl. mleka
2 jajka
1 łyżeczka stopionego masła
1 łyżeczka cukru pudru
szczypta soli
+
syrop z pędów sosny (pozwolę sobie iść na łatwiznę i odesłać do przepisu Basi***)
+
lekko ubita słodka śmietanka
opcjonalnie: garstka jagód 

Przepis jak nie przepis: usmażyć cieniuteńkie placki (naleśniki po prostu :-)), podać z syropem sosnowym i ubitą śmietanką, posypać jagodami. Pachną mazurskim lasem :)

* W miejscowości Opaleniec.
** Połączenie rumu, jagód i szpilkowego aromatu to z kolei pomysł z krakowskiej Cafe-Szafe - jeszcze o tym napiszę :) 
*** Polecam nie tylko przepis, ale i całą notkę Basi, a zwłaszcza pierwszy akapit!

PS. Dodam jeszcze, że takie placki są równie pyszne z syropem mniszkowym, choć może w notce o mazurskiej sośnie nie powinnam? :-)

środa, 9 maja 2012

Pampuchy

Mam kilka takich przepisów, przepisów-hitów, przepisów ulubionych, przepisów doskonałych - przepisów, o których poza tym, że są hitami, że są ulubione i doskonałe, zupełnie nie wiem, co napisać.Czasem zostawiam je na później, czasem coś się w międzyczasie przypomni, jakaś historia, jakiś komentarz, problem pojawia się wtedy, gdy uzbieram takich hitów z 10 i oprócz tego nic.. "Pocieszyła" mnie trochę Dorota, mówiąc: ja oglądam u Ciebie zdjęcia, bo ładne, zerkam na przepis, bo czasem masz coś fajnego, ale tych długich tekstów to nie czytam, po co czytać o jedzeniu? :)

To może raz pójdę na łatwiznę i napiszę tylko tyle, że gdyby nie to, że jednak stale za obiad idealny uważam ziemniaka to pampuchy byłyby moim obiadem ulubionym? To specjał Babci Alinki, taki sobotnio-niedzielny, słodko-drożdżowy, pachnący rodzinnym domem. A może to dom pachnie pampuchami? Dom pachnie drożdżowym, tego jestem pewna, coraz bardziej jestem też pewna, że chodzi jednak nie tyle o drożdżowy placek, co o małe drożdżowe placuszki. A już na pewno wiem, że dom małej dziewczynki, która teraz kocha drożdżowe bardziej niż jakiekolwiek inne wypieki, we wspomnieniach pachnie właśnie drożdżowymi pampuchami.
Pampuchy to małe drożdżowe placuszki, smażone na niewielkiej ilości tłuszczu, wcinane na gorąco, maczane w cukrze, słodkie, pachnące, domowe. Babcia, gdyby się dowiedziała, że proponuję Wam smażyć je z 30 dag mąki, złapałaby się za głowę, ja jednak wiem, że to ilość doskonała na obiad dla 2 przeciętnie głodnych osób, kto zjada  więcej ten sobie pomnoży :)

Pampuchy (przepis Babci Alinki):

300 g mąki
ok. 20 g drożdży
1 szkl. mleka
1 jajko+1 żółtko
sól, cukier
woda (ok. 1/2 szkl.)
1 łyżka stopionego masła
+
cukier kryształ

Z drożdży, mąki i mleka zrobić rozczyn. Połączyć rozczyn z mąką, jajkami, przyprawami, masłem i  mlekiem, w razie potrzeby rozrzedzić ciasto wodą (konsystencja ciasta ma być "plackowa",  powiedzmy, że zbliżona do baby Neli), wyrobić łyżką. Odstawić na chwilę do podrośnięcia, smażyć placki na niewielkiej ilości tłuszczu, odsączyć. Wcinać maczając w cukrze, najlepsze :-)

środa, 2 maja 2012

Do plecaka - z suszonymi warzywami

Na szlakach powyżej schronisk panuje pełnia zimy.
Informacje dodatkowe:
W razie spotkania niedźwiedzia należy wolno i spokojnie oddalić się!
Na polanach tatrzańskich zaczynają kwitnąć krokusy.
Z Komunikatu turystycznego Tatrzańskiego Parku Narodowego, 19.04.2012

Po piętnastu,  po dwudziestu minutach? Wcześniej czy później - można by nawet robić zakłady, kto tym razem pierwszy - ktoś to zawsze powie: O, jak ładnie! Tak, wśród licznych innych zalet Kraków ma i tę, że - cytując Pawła - wystarczy przejechać 20 km na południe i już jest ładnie.

Kilkanaście dni temu na owo południe ruszyliśmy w poszukiwaniu krokusów. Znaleźliśmy, a jakże, nie trzeba było specjalnie długo szukać, tak samo jak nie trzeba było szukać zimy na Grzesiu (sama się znalazła ;-)). Z wycieczki w Tatry poza zdjęciami fioletowych polan i białych szczytów, poza masą pozytywnych wrażeń, przywiozłam pomysł, by napisać czasem co nieco o posiłkach wakacyjnych, o jedzeniu na drogę, o wałówce do plecaka.

Wiadomo, czasem można zjeść w schronisku - w tym temacie nie mogę podarować i nie wspomnieć o najlepszej na świecie jajówie serwowanej jakieś 8-10 lat temu w schronisku Pod Honem w Cisnej - przy dobrych wiatrach (czyt. gdy zamówienia przyjmował chłopak) zamiast jajówy z dwóch jaj z szynką można było wynegocjować taką z trzech na cebulce - lepszej w życiu nie jadłam! Można zjeść w schronisku, można zjeść przy drodze, wałówka na drogę to jednak rzecz niezbędna. Jeżeli wiem, że nie będę nosić jej na plecach, zabrać mogę choćby i całą blachę ciasta, dziś jednak wałówka do zadań specjalnych, wałówka do plecaka.
Wakacje nad wodą kojarzą mi się nieodmiennie z zupką zwaną chińską, nie ma innej opcji - nad jeziorem, nad rzeką, przynajmniej jeden chińczyk być musi, inaczej wyjazd jest nieważny i należy go powtórzyć. Na wycieczce po górach, miejsce chińczyka godnie zająć zaś może tzw. chińczyk domowej roboty, który w zależności od użytych przypraw może stać się i daniem arabskim i daniem hinduskim - każdym. Założenia są dwa: ma być lekko (na plecach ) i sycąco, a do przygotowania potrawy ma wystarczyć porcja wrzątku. Kuskus z suszonymi warzywami doskonale spełnia oba założenia. Patent ów podejrzałam dawno temu u współspaczy w jakimś schronisku i aż żałuję, że to nie mój pomysł :-) Waży to tyle co sam kuskus, syci (żeby nie powiedzieć napycha) na cały dzień, ilość wariantów smakowych ogranicza zaś tylko wyobraźnia. Udanych wycieczek!

 Kuskus z suszonymi warzywami aka Danie błyskawiczne w stylu (tu akurat) bliskowschodnim* - bardzo dużo porcji:

400 g kuskusu
100 g suszonych warzyw (marchew, pietruszka, por, seler, cebula, czosnek)**
garść suszonych pomidorów
2 łyżki oliwy
sól
+
przyprawy, np.
po 1 łyżeczce: kuminu, słodkiej papryki, czarnego pieprzu
po 1/2 łyżeczki: cynamonu, ziaren kolendry, suszonego chili
liść laurowy
kilka ziaren ziela angielskiego
suszona cytryna (loomi)
+
wrzątek
+
4 woreczki "strunowe"

Do oddzielnych torebek strunowych pakujemy: 1 - kuskus i oliwę (kasza szybko oliwę wchłonie), 2 - suszone warzywa, 3 - sól, 4 - zmielone przyprawy (listek i loomi wkładam w całości). Na miejscu wrzucamy do miski/kubka w proporcjach dowolnych, zalewamy wrzątkiem, po kilku minutach pałaszujemy. Z widokiem na polanę krokusów - nie ma sobie równych :-)

*nazwa autorstwa Doroty :-)
**najlepsze pewnie suszone w domu, doskonałe jednak będą również warzywa dostępne w paczkach w każdym markecie  (tzw. liofilizat ekonomiczny ;-)).  Gotowiec zresztą bardziej wpisuje mi się w klimat wycieczkowy niż slow-foodowe domowe jedzenie, którego na co dzień jestem gorliwym fanem :-)

PS. I, by nie być gołosłowną - tatrzańskie krokusy - naprawdę tam są! Dużo słońca na długi weekend Wam życzę :-)