sobota, 6 marca 2010

Čaj od nane

Pisząc jakiś czas temu notkę o bureku postanowiłam (pewnie po trosze na fali tęsknoty za upalnym latem.. ;-) ) zamieszczać tu co jakiś czas kolejne odcinki czegoś w rodzaju subiektywnego "przewodnika" po kulinarnych Bałkanach (a może raczej po, w pewnien sposób bliskich mi, Serbii i Bośni). Piszę przewodnik w cudzysłowie ponieważ daleko mi do eksperta, mam jednak nadzieję, że może znajdzie się ktoś, kto będzie miał ochotę poczytać o tym, wbrew chyba popularnej opinii, całkiem przyjaznym i bardzo ciekawym (również pod względem kulinariów), swojsko-egzotycznym kawałku Ziemi i wypróbować kilka receptów :-)
Więc dziś o herbacie. Jest bowiem herbata wielkim zaskoczeniem dla osób przyjeżdżających na tamte tereny. W kartach większości lokali oczywiście znajduje się čaj, czyli herbata właśnie, małe jest jednak prawdopodobieństwo, że zamawiając ów čaj, otrzymamy to czego się spodziewamy, czyli zwykłą czarną/zieloną/czerwoną herbatę. Zazwyczaj otrzymamy.. ziółka. O szczęściu możemy mówić jeżeli w naszym kubeczku pojawi się nana (mięta) bądź žalfija/kadulja (szałwia - to rzadziej), może być bowiem i tak, że zamawiając herbatę dostaniemy kamilicę czyli.. rumianek (jak dla mnie nie do wypicia, no a przynajmniej nie do delektowania się ;) ). Powiem jednak, że można przywyknąć, a nawet polubić - zwłaszcza na bardzo słodko (taki miętowy ulepek to chyba jedyny mocno słodki ciepły napój, który lubię). Herbata czarna natomiast, oczywiście - jest dostępna, traktuje się ją jednak jako dość ohydne.. lekarstwo na problemy żołądkowe ;-) W bardziej turystycznych miejscach możemy ją bez problemu dostać i w kaficiach, należy jednak wyraźnie to zaznaczyć przy składaniu zamówienia i nie dziwić się jeśli spotkamy się ze szczerym współczuciem - w końcu skoro chcemy to pić to pewnie nam coś dolega (albo mamy baaardzo dziwny gust, czego też należy współczuć ;-)).
Zapraszam więc na słodki čaj od nane, do którego wtrącam swoje trzy grosze w postaci konfitury z pigwy - pycha!

garść świeżej mięty
łyżka albo i więcej cukru (najlepiej trzcinowego)
konfitura z pigwy
Liście mięty lekko rozgnieść w moździerzu, wrzucić do wrzącej wody i zaparzyć herbatę (można chwilę razem pogotować). Dodać cukier i konfiturę z pigwy.
Smacznego!

12 komentarzy:

zemfiroczka pisze...

Ha! wuaśnie! Jak zamówiłam kiedyś czaj u mojego Gruzina to rzeczywiście dostałam cały dzbanek miętowej :)

Z pigwą mówisz, że dobra? Ja konfiturę wrzucałam kiedyś do czarnej - pełniła rolę zastępczą dla cytryny ;)

No to co tam masz kolejnego w przewodniku? ;)

ziji pisze...

Bardzo ciekawa sprawa... do tego ta konfitura - z racji tego ze lubie herbate bez zadnych dodatkow i gozka - wyobrazam sobie jak to musi byc slodkie - ale i tak mnie bardzo intryguje...

asiejka pisze...

lubię takie ciekawostki ze wszystkich stron świata
wielu rzeczy bym nie wiedziała, gdyby nie kulinarne blogi..

a w piwnicy mam jeszcze konfiturę z pigwy..

monika pisze...

Oczko > A co sobie Oczko życzy w "przewodniku" ujrzeć? Kawka, ciasteczko, coś konkretniejszego? Do usług jestem ;-)
U Gruzina mówisz? Kurcze, do Gruzji to bym pojechała.. Do Gruzina na miętę pewnie też ;) A z pigwą dobra, nawet bardzo :)
ziji > wiesz, ja też herbatę, kawę - wszystko tylko gorzkie, ale ta akurat taka słodka ma swój urok - tylko musi być naprawdę meeega słodka - polecam Ci bardzo :)))
asiejka > jak miło to słyszeć :-))) Jak masz pigwę, to mówię Ci, nawet się nie zastanawiaj :)
Pozdrowienia ślę niedzielne słoneczne :)))

zemfiroczka pisze...

Moni, wszystko... co masz ciekawego do opowiedzenia, to przeczytam. Ale tak naj, naj, to chyba o przyprawach i kawie bym rzuciła okiem ;)

monika pisze...

No to na kawę Oczko rzuci oczkiem może? Niebawem? :) Nad przyprawami będzie trza pomyśleć, bo oni coś mało przyprawiają, paprykę sypią do wszystkiego i tyle ;) I czubricę..
Uściski :)

zemfiroczka pisze...

Rzucę okiem, a jakże! Kawa z tygielka?

Czubrzyca? O pewnie! jestem jej fanką, od kiedy ją i czarnuszkę odkryłam razu pewnego :))

monika pisze...

Si, z tygielka, tylko muszę tygielek odkurzyć, bo ostatnio raczej w takim pyrkaczu jak i Ty chyba masz parzę..
O, czarnuszkę też lubię :-)))

zemfiroczka pisze...

A proposik - właśnie sobie sączę kawkę z mojego bulgota - piernikową :))


Czekam na tygielkową niecierpliwie. I ciekawość mnie zżera, czy też zrobisz ją okrutnie słodką, jak Gruzin :)))

zemfiroczka pisze...

A! wiesz co! - żyjesz w trochę innej strefie czasowej ;))) W komentarzu mam, że rano jest, a tymczasem widzę 19:11 ;))

monika pisze...

O, piernikowa :) A jak Cię zżera to potrzymam w niepewności ;-)

A z tym czasem to po prostu wiesz, na Dziki Zachód mnie ciągnie (bo to chyba jakiś kalifornijski był ;) Ale niech już będzie, przestawię się na warsiaski :) (pewnie mnie teraz Buru wyśmieje, bo jeszcze niedawno absolutnie pewna tego co piszę, twierdziłam że nie mogę włączyć automatycznej publikacji notki bo zegar na blogu mi zwariował i nie daje się przestawić.. Ech, dał się :D

zemfiroczka pisze...

No i widzisz, siedzę ja sobie i czuję piernika. I se myślę tak:"skąd do czorta ten piernik tutaj mi wonieje". A za chwilę widzę, że kubka po piernikowej nie wyniosłam do kuchni ;)

Wszystko się da - jak się wie, z której strony ugryźć ;)))