sobota, 16 kwietnia 2011

Catalunya, Barcelona, Merkat de Sant Josep

Mawiają w Barcelonie: jeżeli nie możesz czegoś znaleźć na La Boquerii, nie znajdziesz tego nigdzie. W skali światowej to z pewnością przesada, jednak na skalę lokalną (hiszpańską) jest w tym chyba dużo prawdy - będzie to więc opowieść o kuchni hiszpańskiej, o kuchni katalońskiej, opowieść o wrażeniach z podróży, krótkiej, ale intensywnej podróży do stolicy Katalonii.

Merkat de Sant Josep (hiszp. Mercado de San José , Targ św. Józefa), popularnie zwany La Boqueria, to największy i zarazem jeden z najstarszych targów w Barcelonie. Historię ma długą i ciekawą, ciekawe i fascynujące (i piękne i smaczne :-)) jest też niemal wszystko, co można tam kupić. Od początku więc..

Pierwszym stoiskiem, na które trafiamy po wejściu na targ od strony La Rambli jest stoisko z wędlinami - i powiem to od razu (choć nigdy bym nie pomyślała, że w ogóle to powiem) - wędliny to jest to, co w Hiszpanii zrobiło na mnie chyba największe wrażenie. I nie mówię tu jedynie o wyśmienitych szynkach jamón, o lomo (polędwica, przygotowywana tak samo jak jamón, podobno szlachetniejsza, mi jednak chyba bardziej smakują dojrzewające szynki) czy chorizo (uwielbiam - ale to wiedziałam już wcześniej), ale również o mortadeli, której w Polsce nie tknę (hiszpańska, doprawiana podobnie jak we Włoszech m.in. jagodami mirtu i kolendrą, "inkrustowana" oliwkami i pistacjami miała cudownie owocowy posmak, pychota), czy o katalońskim specjale zwanym fuet (na pierwszym zdjęciu po prawej). Ów fuet to wieprzowa, podsuszana kiełbasa, z oczkami tłuszczu - tym co wyróżnia fuet spośród innych hiszpańskich kiełbas jest skórka pokryta białą pleśnią Penicillium candida (tą samą, która porasta sery typu camembert) - kiełbasa ta jest delikatnie słodkawa, delikatnie pieprzowa, bez typowego dla chorizo posmaku papryki - dla mnie bomba, choć jeśli miałabym zdecydować - fuet czy chorizo - miałabym duży dylemat :-)

Idąc dalej mijamy całe mnóstwo straganów owocowo-warzywnych i trafiamy na pojedyncze stoiska z serami. I przy serach pierwsze wielkie zaskoczenie - okazuje się bowiem, że wzorek z plecionej trawy esparto (Lygeum spartum, Stipa tenacissima), który tak lubię na manchego i który, jak do tej pory myślałam, jest jego cechą charakterystyczną - pojawia się na bardzo wielu innych serach, na pewno zauważyłam go na castellano i na zamorano (oba owcze w typie manchego), powiem że było to swego rodzaju rozczarowanie, cóż.. Ale manchego nadal uwielbiam i stawiam chyba na pierwszym miejscu wśród twardych serów! Koszyka z esparto niestety nie udało mi się zdobyć, nie wiem, czy jest to w ogóle możliwe (pewnie jest, pewnie w innym regionie..) - niestety, czasu na poszukiwania miałam niewiele, na tyle niewiele, że nie zdążyłam również spróbować katalońskiego koziego mató - wniosek jest jeden, trzeba tam wrócić.

Serce targu to stoiska z rybami i owocami morza - i znów mogę rozpływać się w zachwytach, owoce morza bowiem bardzo lubię, a nieczęsto nadarza się okazja by jeść tak świeże, pyszne i tanie owoce morza jak w czasie tej podróży. Właściwie chyba nie napiszę o tych straganach nic więcej, bo przy takiej ilości wszelkiego dobra głupieję z radości i tracę jakikolwiek obiektywny stosunek do tego, co widzę :-), dodam może tylko, że niewątpliwą atrakcją tej części targu były stoiska z szaszłykami, smażonymi na bieżąco z najświeższych ośmiorniczek, krewetek etc - pychota.

Idźmy dalej. Wokół morskiego kręgu, wśród straganów owocowo-warzywnych porozrzucane są również stoiska z orzechami (moją uwagę przykuwały głównie trawiasto zielone, niesolone pistacje i tzw. chufas - migdały ziemne - Cyperus esculentus - będące głównym składnikiem orszady), z oliwami i przyprawami (szafran z La Manchy!), z jajkami (kilka rodzajów, niestety z pieczątkami, ale wyglądały bardzo malowniczo), ze słodyczami (różne cuda zatopione w czekoladzie połamanej na nieregularne kawałki - od razu przyszedł mi na myśl czekoladowy pomysł Marty Gessler, czekoladki, turrony - również kataloński Agramunt turrón z orzechami laskowymi), stoiska rzeźników czy pojedyncze, charakterystyczne stragany, jak choćby stragan starszego pana sprzedającego niezliczone suszone smakołyki - głównie grzyby, zioła, paprykę i pomidory. Grzyby mnie specjalnie nie fascynują, olbrzymi kosz wypełniony po brzegi suszonymi smardzami zrobił na mnie jednak naprawdę duże wrażenie - pewnie dlatego, że smardze są u nas tak niedostępne :-)

Na tyłach targu miejsce swe mają, nazwijmy to fast-foody, czy street-foody, w rzeczywistości jednak są to swego rodzaju małe bary, serwujące właściwie wszystko co da się przyrządzić na ruszcie lub na tak zwanej planchy. La plancha, czyli po prostu metalowa płyta, służąca bądź to do pieczenia bądź jedynie do podtrzymywania temperatury tego, co na niej położymy - w zależności od tego, jak mocno rozpalony jest pod nią ogień - nie jest raczej wynalazkiem hiszpańskim, bardzo jednak w Hiszpanii popularnym.

I już na koniec, choć pisać mogłabym jeszcze długo, ale jak sądzę - cierpliwość Czytelników ma swoje granice - to co obok przypraw i serów "kręci" mnie zawsze najbardziej, czyli.. a jakże - owoce i warzywa. W Katalonii ma się właśnie ku końcowi sezon na calçots, długie białe cebule (zdjęcie jedenaste, w tle za ogórkami)- lokalnym zwyczajem jest tzw. calçotada czyli masowe wyjazdy za miasto w celu grillowania calçots i wcinania ich z sosem romesco (połączone z obowiązkowym ubrudzeniem się tymże sosem od stóp do głów) - calçots można więc kupić wszędzie, można też spróbować ich a la plancha na targu. Trwa również sezon na karczochy (karczochowe pole - pod palmami :) - to zresztą pierwsze, co widzimy zmierzając z lotniska w kierunku centrum Barcelony), które piecze się również z calçotami - mam zamiar podjąć próbę wyhodowania calçots na polskiej ziemi, w końcu to cebula, powinna dać radę.. Jeśli mowa o warzywach to dodam jeszcze, że absolutnie oczarował mnie stragan z tysiącem odmian ziemniaków - starannie poukładanych, opisanych, ach! Owoce zaś to jeszcze inna historia - mówi się, że La Boqueria to targ turystyczny - powiem szczerze - byłam również na dwóch innych, nieturystycznych targach i w porównaniu z nimi ową "turystyczność" Boquerii, dostrzec można, jak mi się wydaje, jedynie w przypadku owoców - tzn. soki ze świeżych owoców opisywane bywają tu po angielsku (o naszych przygodach językowo-kulinarnych napiszę jeszcze przy innej okazji..). Nie wydaje mi się by turyści masowo kupowali jagnięce podroby lub wielkie świeże ryby, ceny zaś są takie same jak na innych targach.. A wracając do owoców - hiszpańskie truskawki w Hiszpanii są lepsze niż hiszpańskie truskawki w Polsce, jednak w niczym nie dorównują truskawkom ze Środkowej Europy :-), a poza tym bajka - wszystko śliczne, słodkie i w większości miejscowe (wyjątek stanowiło stoisko z owocami z Kostaryki, na którym zakupiłam nie-wiadomo-co, co po powrocie do domu zidentyfikowałam jako kolczoch jadalny i wszelkie owoce jagodowe sprowadzane głównie z Holandii - ceny horrendalne). I tu - jak sądzę - należy już kończyć.. Miał być jeszcze kataloński przepis - jednak w związku z tym, że notka rozrosła się i tak do niemałych rozmiarów - przepis będzie kiedy indziej. Dziś leniwie i wspominkowo :-)

19 komentarzy:

Amber pisze...

Moniko, a ja niedługo będę w Katalonii! wspomnę Twoje wrażenia i opowieść.
Pozdrawiam ciepło!

KUCHARNIA, Anna-Maria pisze...

Monika! Czekałam na tą relację! I warto było:) Uwielbiam takie miejsca!
Pozdrawiam Cię!
P.S. Dostałaś mojego maila?

martynok pisze...

Byłam na tym targu! Ślinka mi leci jak czytam twoją relacje :)

lepszysmak pisze...

Wybieram się do Barcelony latem, a dzięki Twojej relacji już wiem gdzie koniecznie muszę zajrzeć i na co zwrócić uwagę! Dzięki :) Pzdr Aniado Ps. Pięknie oprawiłaś fotograficznie tę turystyczno-kulinarną opowieść o Barcelonie :)

Maggie pisze...

Ech, wrocilabym do Barcelony, chocby po to, by przejsc sie rankiem po Boquerii, posluchac gwaru rozmow, popatrzec na te wszystkie intensywne kolory... Wspaniala relacja!

Kuchareczka pisze...

Och! Aż mnie na chwile przytkało. Monia, to jest cudowne! Ale bym się chciała znaleźć na tym targu... Może w wakacje będe w Hiszpanii, muszę sobie zapisać jego nazwę. Jesli tylko bede blisko, chcę tam zajrzeć!

grazyna pisze...

Moniko, jesteś okrutna - takie smakowitości i tak opisane !
Może namówię moją domową iberystkę na wyjazd do Barcelony... Ona już była :)

Zaytoon pisze...

Tak sobie właśnie czytam "Cień wiatru" Zafona i zachwycam się tą jego Barceloną, a teraz jeszcze pojawiasz się Ty i opisujesz kulinarną stronę tegoż miasta w przepyszny sposób. I te zdjęcia! Jestem zakochana. Ni mniej, ni więcej.

peggykombinera pisze...

Moniu!
wspaniałe zdjęcia :)
ostatnio śnią mi się po nocach truskawki... dosłownie katujesz mnie truskawkowym zdjęciem!

gdy robi się ciepło to przypomina mi się smak truskawek i malin :)
zawsze tak mam :)

lo pisze...

Wspaniały post i zdjęcia. Myślami przeniosłam się na tamten targ razem z Tobą i aż mi się ciepło zrobiło.

monika pisze...

Amber > To cudnie - Barceolna, czy gdzieś jeszcze? Nam niestety nie udało się ruszyć nigdzie dalej, za krótko ale Barcelona robi wrażenie :)

Anna-Maria > Mam nadzieję że nie zawiodłam? :) Aniu, dostałam mejla i nawet odpisałam, znów nie dotarł? :( To napiszę raz jeszcze! :)

martynok > i jak Twoje wrażenia? :)

Aniado > Dziekuję! :) Aniu (dobrze wnioskuję że masz na imię Ania?), zajrzyj koniecznie jeszcze na targ św. Katarzyny, mniejszy ale niezwykle ładny (pod względem architektury). Udanej wycieczki Ci życzę :)

Maggie > Dziękuję :)))

Kuchareczka > A to Ci jeszcze Asiu powiem, że niemal na przeciwko tego targu jest wieeelka, całkiem niezła księgarnia, co Ty na to? :)

Grażynka > wiesz, sama też sobie teraz mówię, że to okrutne - na przednówku :D Namawiaj koniecznie, z iberystką chociaż nie będziecie mieli problemów z dogadaniem się :)))

Zay > to krótko Oliwko - cieszę się niezmiernie! :)))

peggy > Karolcia - to już niedługo! I rabarbar będzie i porzeczki :) A nasze truskawki o niebo lepsze od hiszpańskich - będę patriotką w tym względzie :D

lo > cieszę się! Miejmy nadzieję że to ciepło niebawem wróci na dobre :)))

Dobrego wieczora moi mili :)

buruuberii pisze...

Monika, piszesz o tych wsztstkich cudach o ktrych opowiadaly nam zaprzyjaznione Hiszpanki (czestujac lomo przywiezionym z ES) i zawsze marzylam, ze kiedys tam bede - teraz gdy patrze na obledne Twe zdjecia z targu, to wiem ze trzeba :)) Oj zazdraszczam kapke!

Powiedz mi prosze, bo od dawna mnie nurtuje to pytanie: czy te cebulki zjadane na calçotada maja cebulowy smak czy raczej porowy - bo wygladaja mi na cos pomiedzy :)

Usciskow moc!

monika pisze...

Basia, no kapkę możesz, ale tak mobilizująco - żeby się wybrać :) Nadal twierdzę że Włochy są naj, ale Hiszpania wiele nie ustępuje - teraz marzy mi sie Andaluzja :)

A calcots - jak dla mnie to cebule zwyczajne, takie łagodne, mam wrażenie że w całej tej zabawie chodzi głównie o to żeby jechać an pole, uświnić po prostu tym sosem - same calcots są chyba mniej ważne ;)
Ściskam :)

buruuberii pisze...

Mowisz, ze zwykle cebule - to caly czar prysl :DD Kurcze trzeba bedzie tego Tomka odwiedzic w Bcn :))

MaLa pisze...

ach pięknie to wszystko wygląda i te ryby, chętnie bym się na taki targ wybrała

Ewa pisze...

Wspaniałe zdjęcia. I te truskawki :)

karoLina pisze...

Pod względem jedzeniowych atrakcji "Twoja" Hiszpania okazała się znacznie bardziej smakowita niż "moja", chociaż i tak nie narzekam, bo o ile zwykle nie przestaje myśleć o jedzeniu, to w podróży jest tyle innych wrażeń, że tę jedną niedoskonałość jakoś można przeżyć. A jeśli czegoś brakuje mi w Polsce to nie tych różnych cudów, tylko podpisanych ziemniaków. Może jakbym mogła używać gatunki zgodnie z przeznaczeniem, to bym je nareszcie polubiła.

monika pisze...

buru > Basiu, ale to fajne jest, coś jak ziemniaki z ogniska - bardziej liczy się ten popiół na skórce i ognisko niż sam ziemniak :)))

Mala > no ryb można Hiszpanii pozazdrościć, a przynajmniej rozsądku, że jedzą swoje a nie sprowadzają z końca świata..

Ewa > dziękuję :)))

KaroLina > mnie te ziemniaki po prostu zauroczyły, wreszcie poczciwa pyra doczekała się należytego szacunku :) A takich z ognicha też nie lubisz?

Tilianara pisze...

Ależ bogactwo smaków, barw, jakie to możliwości stworzenia czegoś cudownego ... Moniś, jak ja Ci zazdroszczę tego wyjazdu, chodzenia po tym targu, patrzenia na te cuda, jedzenia tych smakołyków. Choć samolot dla mnie wykluczony, to ja już mam ochotę pakować się w samochód i jechać tam :) Brak mi w Polsce takich miejsc, ale przecież i u nas rozwija się miłość do prawdziwych smaków, może i takie targi się pojawią :)