poniedziałek, 27 lutego 2012

Ciasteczka z tahini

Garść obrazków:

obrazek nr 1, gdzieś we wczesnej podstawówce: puszka chałwy u jednej ze szkolnych koleżanek, z jakiejś egzotycznej zagranicy (z Bułgarii?), chyba wtedy jeszcze nie byłam pewna - lubię tę chałwę czy nie lubię?

obrazek nr 2, trochę później: Mama zawsze, gdy chciała coś ważnego załatwić (np. dodatkowy dzień urlopu ;)) śmiała się, że pójdzie do szefa z talerzem chałwy - ów szef nie ma najmniejszych wątpliwości, nie ma łakoci nad chałwę!

obrazek nr 3, przed kilku laty, wcale nie tak dawno: bloki ćeten-alve* o kształcie wielkich cegłówek w sarajevskich dućanach - obłędne, ogromne, z dodatkami, wśród nich ta najlepsza - z kawą.

I jeszcze taka ciekawostka. Szukając w sieci sama już nie wiem czego, trafiłam na informację, że chałwa jest produktem regionalnym województwa opolskiego. Niby wiem, że przed wojną w Polsce też wyrabiano chałwę, byłam jednak przekonana, że produkty regionalne to produkty z lokalnych składników, sezam w opolskiem nie rośnie, tego jestem pewna :-)
A wracając jeszcze do chałwy w przedwojennej Polsce - mam na myśli Białystok. Buza z chałwą to jeden z przysmaków przedwojennego Białegostoku, przywieziony przez macedońską imigrację - na buzę z wyrabianą na miejscu chałwą przychodziły do Makiedonców całe rodziny - bardzo polecam zdjęcia, bardzo piękne, trochę smutne, migawki z wielokulturowego miasta..A dziś zapraszam na ciastka, które od dłuższego czasu stale mam na stole, są wręcz uzależniające :-) Przepis znalazłam lata temu, szukając, jeśli dobrze pamiętam, receptów na wypieki z orzeszkami pini - znalazłam owe ciasteczka dekorowane piniolami właśnie, wówczas jednak tylko zapisałam przepis. Ciastka upiekłam dopiero tej zimy i doprawdy nie rozumiem, jak można było tyle czekać ;) Są doskonałe - smakują chałwą, mają idealną chałwowo-kruchą konsystencję, polecam zwłaszcza z dodatkim kawy - jak najlepsza alva z Sarajeva albo z makiem - jak inna najlepsza halva!

Ciastka z tahini - na podstawie przepisu Mimi ze strony Israeli Kitchen + garść przypraw:

o,5 szkl. tahini
100 g masła
0,5 szkl. cukru (w tym 2 łyżeczki cukru z wanilią)
1 szkl. mąki
ew. 0,5 łyżeczki proszku do pieczenia
+
1 łyżka zmielonej kawy
lub garść maku

Masło utrzeć z cukrem i tahini, dodać mąkę wymieszaną z proszkiem i ewentualne przyprawy, zagnieść ciasto. Formować lekko spłaszczone kulki wielkości orzecha włoskiego (z tych proporcji wyjdzie ok. 15 szt.), piec 13 min. w 170'C (ciasteczka nie powinny się zezłocić, gdy tylko zaczną pękać są dobre). Przesłodkie, najlepsze z mocną czarną herbatą.
*ćeten-alva - bh. ‘chałwa sezamowa’, dućan - ‘stragan, sklep’

PS. Kolor ciastek zależy od tahini, jakiej użyjemy - z tej z mocno prażonych ziaren sezamu ciasteczka będą ciemniejsze, z jasnej tahini, bez niespodzianek - jasne. A po przepis na bozę zapraszam latem :-)

środa, 22 lutego 2012

O zapachu herbaty Earl Grey - gorąca czekolada

..czeremcha, śliwa, czereśnia..

W świecie wszystko ma jakiś zapach.. Film Jasminum zapachy przenikają - owocowo pachną trzej milczący bracia, pachną lewitujące kaczki, zapachowe kompozycje tworzy Natasza. Pachnie też świeży chleb, który brat Zdrówko kroi dla Eugenii, pachną perfumy Jill Sander No 4.

Zauważyłam kiedyś, że zapachy, które silnie skojarzyły mi się z perfumami, nijak nie przyjmują się w mojej kuchni. Perfumowe ziarna tonki od dłuższego czasu leżą w słoiczku i nie zanosi się na to by szybko ów słoiczek opuściły, lawenda - w kuchni nie przejdzie.. W drugą stronę działa to znakomicie, ulubione zapachy kuchenne, zapachy drzew owocowych, przypraw - nimi lubię otaczać się i na co dzień, za nimi odwracam głowę na ulicy - mandarynka, wanilia, pomarańcza, liście owocowych krzewów. Czeremcha, śliwa, czereśnia. Porzeczka, herbata, bazylia. Bergamotka.

Pewnego kwietniowego poranka, przed kilku laty, spacerując ulicami starego Rzymu trafiłam do sklepiku z czekoladą. Sklep jak sklep, maleńkie sklepiki specjalizujące się w sprzedaży jednego typu produktów pojawiały się wówczas już i w Polsce. W tym rzymskim było jednak coś co naprawdę robiło wrażenie - nie skłamię jeśli powiem, że dech zaparło mi na widok ściany, którą od sufitu do podłogi zajmował regał z maleńkimi przegródkami - w każdej stała inna tabliczka czekolady. Tak, spędziłam dłuższą chwilę szukając dwóch identycznych tabliczek ;-) Równie długą chwilę (oj, dłuższą!) mogłabym spędzić na wybieraniu tej jedynej czekolady, którą chcę zabrać do domu, nie miałoby to jednak większego sensu - nie wyniosłabym przecież całego sklepu :-) Szybko zdecydowałam się na ciemną czekoladę z herbatą Earl Grey, czekoladę o aromacie bergamotki więc - czasem dobrze zdać się na niemal ślepy los. To była najlepsza czekolada jaką jadłam, idealnie wyważona, powiedziałabym nawet - skomponowana, jak ulubione perfumy, w których nuty zapachowe następują po sobie, przenikają się tworząc doskonałą całość, doskonałą kompozycję. Później nie raz szukałam tej czekolady, nie znalazłam, może kiedyś znów znajdę ten sklepik. Przy ulicy rosły, kwitnące wówczas, mandarynkowe drzewka..Nie podam dziś przepisu na tabliczkę czekolady o aromacie herbaty Earl Grey - dodatek samych liści herbaty nie daje aromatu, który pamiętam z tajemniczej, włoskiej czekolady, dodatek herbacianej esencji - owszem, temperowanie czekolady z dużą ilością dodatków wykracza jednak póki co poza moje umiejętności, a matowa, nieelegancka tabliczka mnie nie zadowala :) Zapraszam za to na gorącą czekoladę, w której smak samej czekolady przenika delikatna, ciepła słodycz wanilii, aromat bergamotki stanowi zaś złotą kropkę - ową nutę serca dominującą na końcu cały deser, wieńczącą go - gorącą czekoladę o aromacie czekolady ze wspomnień.

Czekolada z poniższego przepisu to czekolada, o której w Hiszpanii powiedzą espeso - gęsta, taka, że, cytuję Patrizię - churro, które do niej włożysz, nie przewróci się (czyli po naszemu - taka, że łyżka staje ;-)) Wg Culinaria Spain efekt ten uzyskuje się zazwyczaj dodając do mleka/śmietany skrobię kukurydzianą - nie ma jednak takiej potrzeby (chciałabym wręcz powiedzieć - u mnie to nie przejdzie :-)), wystarczy zmniejszyć ilość śmietanki.

Gorąca czekolada o zapachu bergamotki - na podst. Culinaria Spain wyd. Koneman i rzymskich wspomnień, 2 filiżanki:

350 ml śmietanki kremówki
3 łyżki herbaty Earl Grey
150 g dobrej ciemnej czekolady
5 łyżeczek cukru (w tym 3 cukru z wanilią)

Śmietaną zalać listki herbaty, odstawić w chłodne miejsce na 24h. Przecedzić śmietankę, rozpuścić czekoladę, mieszając dodawać śmietankę, podgrzać, osłodzić, przelać do filiżanek. Smakować powoli i cieszyć się chwilą :-)

P.S. Wpis z okazji czeko-weekendu Bei, oczywiście :-)

środa, 15 lutego 2012

Faworki czyli chrust

Sypie się mąkę tak, by utworzyła
ogromną górę, górę Synaj albo i Ararat, i na szczycie się w niej
robi krater, ogromy oraz bardzo niebezpieczny, wystarczy bowiem
w niego lekko dmuchnąć, a następuje wielce malownicza
erupcja i wulkaniczne pyły wyrzucone w górę opadają na wszystko wokół,
pokrywając talerze, garnki, włosy i ubrania. Kiedy już wulkan jest całkiem gotowy,
do środka trzeba wbić jajka (...). Lawa wulkanu tak przygotowana,
lepi się w sposób złośliwy do palców, potem zostaje na całym ubraniu,
Natychmiast wówczas wykonawcę zaczyna swędzieć nos
lub coś opodal i musi się podrapać, zostawiając wulkaniczne ślady
na całej twarzy co jest dozwolone. Po podrapaniu się przychodzi faza druga.
Wtedy należy zawinąć rękawy i zburzyć wulkan, czyli spowodować
wylewy lawy i wybuchy pyłu, i uciapranie rąk po łokcie,
a potem włosów, całego ubioru, mebli i sąsiadów,
co się zwie urabianiem ciasta.
(...)
Sto, dwieście, jak się zdarzało za najlepszych czasów,
a potem więcej i więcej; układać w równych szeregach
niby bataliony i ruskie pułki, tak, żeby zajęły już wszystkie stoły,
blaty i kredensy, żeby leżały też na parapetach
i na podłodze, na czyściutkich ścierkach niby ogromne
śpiące wojsko.
Tomasz Różycki, Dwanaście stacji*.

Góry, chmury mąki, tuziny jaj i litry tłuszczu, godziny wybijania, wałkowania ciasta i wszystkie blaty usłane serwetami, chrustem czekającym na smażenie w skwierczącym tłuszczu. Pewnie wyolbrzymiam, ale tak utkwiło to w mej pamięci, w oczach małej dziewczynki smażenie chrustów to było ogromne wydarzenie.

A zresztą może nie wyolbrzymiam aż tak bardzo, Babcia przecież od zawsze powtarza, że dla mniej niż kila mąki rąk brudzić nie warto.. Smażenie chrustu to jedna z niewielu okazji, kiedy przy kuchni gromadziła się naprawdę cała rodzina, każdy miał swoje zadanie, nawet dziecko, zwykle od kuchni przeganiane - dziecko miało przewlekać faworkowe wstążki i przewlekało najpiękniej jak umiało, ależ dziecko było dumne z takiego dorosłego, odpowiedzialnego zadania! Dziecko przewlekało, Babcia smażyła i rządziła, Mama, Ciocia, Dziadziu - wszyscy uwijali się jak w ukropie, śmiali i próbowali przekrzyczeć łomot tłuczącego ciasto wałka, tłuszcz pryskał i się palił a góry faworków rosły w oczach. Na dzień smażenia chrustu się czekało, rozmawiało się o chruście, planowało na kilka dni wcześniej, dziś już sama nie wiem czy więcej w tym było radości czy myślenia o zmęczeniu, nerwach, bałaganie, wszak te góry mąki, litry tłuszczu, jednak.

To moje najmilsze wspomnienie związane z kuchnią - jedno z najmilszych, pełne ciepła, gwaru, słodkości. Wiem, że każdy się cieszył - ze spotkania, z dobrze wykonanej roboty, z pysznych faworków - dziś myślę jednak, że lepiej czasem trochę odpuścić - sobie i innym, warto ubrudzić ręce i w 30 dekach mąki, ale mieć jeszcze siły na uśmiech, mieć po wszystkim czas i siłę na rozmowę nad talerzem gotowego chrustu, przekrzyczeć łomot wałka wszak naprawdę niełatwo.. ;-)Kilka dni temu po raz kolejny smażyliśmy chrust w Krakowie, tym razem Dorota S. udowodniła, że ciasta naprawdę nie trzeba godzinami wybijać, wystarczy dobrze zagnieść i cieniutko rozwałkować. Po cichu myślałam, że wyjdzie z tego jedno wielkie nic, jakże się myliłam :) Chrust wyszedł kruchutki, miał wielkie bąble, wzorcowy chrust, po prostu :-) Z 30 dag mąki wyszły nam 2 wielkie talerze długich faworków, 4-5 osób naje się spokojnie, najadłoby się i 6.
Przepis podawałam tu już przed rokiem, przy okazji mrowiska (polecam!), chrust Babci Alinki i Jej siostry Karolci zasługuje jednak na osobny wpis. To chrust idealny, kruchutki, lekki, przesłodki - smażony bardzo krótko będzie tuż po smażeniu dość miękki, taki chyba najbardziej lubi moja Mama, ja też lubię (choć lubię i kruchy). Smażmy póki zima :-)

Chrust - przepis Babci Alinki i Cioci Karoli:

30 dag mąki
5 żółtek
2 łyżki cukru
3 łyżki kwaśnej śmietany
2 łyżki spirytusu

+ tłuszcz do smażenia (u Babci raczej smalec, ja smażę na oleju)

+ dużo cukru pudru

Zagnieść ciasto, wybijać wałkiem do momentu pojawienia się pęcherzyków powietrza czyli ok. 20 min. (albo po prostu dobrze wyrobić). Rozwałkować cieniutko, pokroić na paski, poprzecinać na środku, przewlekać, smażyć na złoto w głębokim tłuszczu z dodatkiem spirytusu, osączyć na bibułce. Posypać cukrem pudrem. Słodkie, kruchutkie.

*W 3 rozdziale 12 stacji mowa o lepieniu pierogów, fragment ten jednak jak ulał pasuje i do smażenia chrustów w domu moich Dziadków. Zresztą Babcia kojarzy mi się właśnie z chrustem i z pierogami, wszystkiego min. po 100 sztuk, ten typ tak już ma ;-)

poniedziałek, 6 lutego 2012

Halušky s kyslou kapustou

(...) sto sześćdziesiąt parę stempli przez siedem lat i zdecydowana ich większość w „pasie ludności mieszanej”, w krainie, gdzie jedno wynika z drugiego bez przyczyny i z obojętnym dla całości skutkiem, w przestrzeni, gdzie strzygi wciąż jeszcze łączą się w pary z wilkołakami i wyobraźnia nie może zaznać spokoju, ponieważ tylko ona jest w stanie uporać się z chaosem tego, co niby widzialne, niby dotykalne i od biedy stwierdzone. Południe, południowy wschód... (...) Dobrze jest żyć w krainach nieoczywistych, ponieważ ich granice zawierają w sobie więcej przestrzeni, niż wskazuje geografia.
Andrzej Stasiuk, Jadąc do Babadag

Pamiętam taką chwilę, na grzbiecie Krzemieńca, kilka lat temu - na styku 3 granic, 3 języków, 2 alfabetów. W granicach 3 parków narodowych. Na styku 3 granic, sama granica wydawała się jeszcze bardziej abstrakcyjna niż ta wyrysowana na mapie - wszak, gdzie wzrokiem sięgnąć, ten sam krajobraz, lasy mieszane, krecia robota i wiatr. Południe, południowy wschód, Karpaty - 5 krajów, co najmniej drugie tyle kultur mających więcej wspólnego niż tego, co dzieli..

Halušky, hauszki, галушки, galuska, găluşcă - ta sama nazwa, 5 języków - nazwa słowiańska, na moje ucho wspomagane słownikiem - południowo-wschodnia właśnie, ze wschodnią końcówką. Halušky to narodowe danie kuchni słowackiej, te same halušky odnajdziemy we wszystkich chyba kuchniach Galicji, w kuchni słowackiej, węgierskiej, ukraińskiej, rumuńskiej, kuchniach rusińskich - kuchniach kultur karpackich chyba właśnie?

Z czego przygotowuje się halušky - to wcale nie takie oczywiste. Najczęściej - z tartych ziemniaków i mąki, ale są też wersje z jajem, z gotowanymi ziemniakami, z ziemniaczaną mąką, nawet i bez ziemniaków.. 100-200 lat temu przepisów na codzienne, proste jedzenie nie zapisywano, niestety, rzecz ma się jednak pewnie tak, jak z każdą kuchnią wiejską - było jajko, były halušky z jajkiem, jajka nie było, wystarczył krochmal, a przecież i nie od zawsze na tych terenach uprawia się ziemniaki. Halušky podaje się z bryndzą (nazwa z karpackiej gwary wołoskiej, jakby kto był ciekaw :-)), z kapustą, Robert Makłowicz wspomina o łemkowskich hauszkach omaszczonych jedynie skwarkami. Bardziej na południe spotkać można halušky jako dodatek do dań mięsnych, do paprykarzy.
Dziś zapraszam na halušky z kiszoną kapustą, z dodatkiem wędzonych węgierek - węgierek bardzo tutejszych, wędzonych węgierek, które uważam za prawdziwy skarb Małopolski. W programie o kuchni łemkowskiej Bobik Makłowicz gotował poza hauszkami, zupę z węgierek i suszonych grzybów, pomyślałam - czemu by nie dodać węgierek do halušek? Wyszła wersja nieklasyczna, ale wciąż jak najbardziej południowo-wschodnia, pyszna. Zapraszam też serdecznie do Alci, Anitki, Basi i Madzi - halušky gotowałyśmy w 5 kuchniach, w 5 pewnie wersjach (sama jestem ciekawa ;-)) - dziękuję Dziewczyny! :-)

Halušky s kyslou kapustou (z małopolskim akcentem) - dla 4 dobrze głodnych osób:

halušky - przepis bacy Jury (od Basi):

750g ziemniaków
250g mąki (krupczatka lub pół na pół pszenna + grysik)
1/2 łyżeczki soli

kapusta:

4-5 garści kiszonej kapusty
garstka wędzonych węgierek (akcent małopolski więc opcjonalnie)
mały kawałek wędzonego boczku lub wędzonej słoninki
1 łyżeczka cukru
listek laurowy
ziele angielskie
czarny pieprz - kilka kulek + solidna szczypta świeżo zmielonego
szczypta soli

Węgierki rozwarzyć w odrobinie wody (cca pół szklanki, może szklanka, ok. 10 min.) z cukrem*, dodać kapustę, listek, ziele, pieprz, dusić do miękka. Wyjąć na deskę, posiekać dość drobno (węgierki w razie potrzeby wypestkować). Na patelni podsmażyć drobno pokrojony boczek lub słonikę, dodać kapustę i śliwki, smażyć przez chwilę.

Ziemniaki zetrzeć na najdrobniejszych oczkach, osolić, dodać mąkę, zagnieść miękkie ciasto (z ziemniaków, jeśli są bardzo wodniste, można odlać trochę krochmalu). Halušky formować przecierając ciasto przez specjalne sitko bądź odcinając drobne kawałki ciasta z deseczki (albo po prostu łyżką), wrzucać prosto do osolonego wrzątku, gotować do wypłynięcia. Podawać z kapustą, doprawione świeżo zmielonym czarnym pieprzem. Na zimę doskonałe!

*Jeśli nie mamy wędzonych węgierek, nie zamieniajmy ich w żadnym razie na suszone śliwki kalifornijskie, uduśmy kapustę w wodzie jeno, dodajmy dla smaku suszone borowiki, podsmażmy cebulę, cokolwiek.
A jeżeli ktoś nie ma dostępu do węgierek a bardzo by chciał to proszę pisać, w komentarzu lub na mejla, jakkolwiek - może coś da się zrobić :-)

poniedziałek, 30 stycznia 2012

Na Dzień św. Savy, perece

Białe ogrodowe meble z plastiku. Portret świętego i stojące na regale rosochate coś. Wystarczył rzut oka na salę 207 by pomyśleć, że kolejne 5 lat upłynie w z deka "niekonwencjonalnej" atmosferze. Gdy zaczynałam studia, katedra slawistyki jako najmniejsza na całej gdańskiej humanistyce dysponowała jedną jedyną salą, w związku z czym zajęcia odbywały się w najprzedziwniejszych miejscach - a to - dla żartu jak sądzę - w auli na 500 osób (gdy nasza grupa liczyła osób coś koło 10), a to na korytarzu, a to w białym domku, a bywało że i w zaprzyjaźnionym, ciemnym i wiecznie zadymionym, klubie studenckim X. Wiecznie zadymiony był zresztą nie tylko X, 10 lat temu papierosowy dym snuł się po bocznych klatkach schodowych wydziału, doniczki z paprociami na parterze służyły za popielniczki, a w gabinecie pewnego bardzo charakterystycznego profesora siekierę można było wieszać. Gdy kończyłam studia zadymiona przestrzeń skurczyła się do wydziałowego patio*, nasza 207, którą dla jej niezobowiązującego wystroju nazywaliśmy kaficiem**, dostała stoły i krzesła z prawdziwego zdarzenia, nowiuśkie, lśniące dekoracje, zmiany to obiektywnie na lepsze, ale czegoś jakby brak..

Wróćmy jednak do czasu, gdy w kaficiu ze ściany zerkał święty, stoły były plastikowe i okrągłe a z regału straszyło owo rosochate coś. Ustrojone bibułkami, wysokie na jakiś metr coś okazało się być slavskim kolačem, który w pierwszym roku istnienia katedry upiekła na slavę jedna z lektorek - jeśli dobrze liczę, ów kolač, nienaruszony, spędził na regale dobrych 10 lat, nie mam pojęcia kto odważył się go stamtąd zdjąć.

W Serbii nie obchodzi się imienin, obchodzi się slavę, czyli święto patrona. Najważniejszy jest patron rodu, swoje slavy obchodzą też jednak i przeróżne instytucje, miasta, slavę obchodzi też szkoła. 27 stycznia, slava św. Savy to w Serbii Dzień Edukacji Narodowej, to również święto wszystkich dzieci, dečija slava.. Bardzo podobało mi się w Serbii podejście do dzieci, takie południowe, pełne ciepła i dość swobodne. Dzieci jak wszędzie na południu są uwielbiane, med medeni i sama słodycz, zawsze blisko rodziców, čików i tetek**, którzy doskonale wiedzą, że maluchy mają to do siebie że się brudzą i są głośne. I nikt im tego nie ma za złe :-)

Wraz z serbskimi dzieciakami, 27.01 obchodzi swoją slavę również gdańska slawistyka, z tej okazji coroczne žito (pszenica z miodem i orzechami) i slavski kolač - kolač z pierwszej slavy to ten, który przetrwał w 207 kilka dobrych lat :-)
Nie napiszę dziś jednak o kolaču (który tak na prawdę jest suchą, mało słodką bułą..), napiszę o svatosavskich perecach. Dečija slava przypada zwykle w czasie zimowych ferii, dzieci nie idą wówczas do szkoły, idą zaś do cerkwi, recytują wiersze dla św. Savy i otrzymują podarki. W Vojvodinie tradycyjnym dziecięcym smakołykiem na Savindan są właśnie perece, pulchne drożdżowe precle, ze słoną polewą - wszystkie dzieci wiedzą, że ta polewa jest w perecach najpyszniejsza!

Svetosavske perece - przepis Jafi z bloga Kuhinjske čarolije (Verko, dziękuję!):

Ciasto:

400 g mąki
20 g drożdży
100 ml mleka
200 ml wody
50 ml oleju/oliwy o łagodnym smaku bądź stopionego masła
1 łyżeczka soli
1 łyżka cukru
1 żółtko+odrobina mleka

Polewa:

3 łyżki mąki
1 łyżka soli
woda

Drożdże rozpuścić w ciepłym mleku, dodać odrobinę mąki, cukier, poczekać aż drożdże "ruszą". Mąkę wymieszać z solą, dodać rozczyn, ciepłą wodę, tłuszcz, wyrobić bardzo miękkie ale nieklejące ciasto (w razie potrzeby podsypać delikatnie mąką). Ciasto odstawić do podrośnięcia (40-60 min.), następnie podzielić je na 8 części, z każdej formować długi, cienki wałek i zaplatać perece***. Pozwolić podrosnąć, w tym czasie przygotować polewę: mąkę wymieszać z solą, dodać zimnej wody tyle, by uzyskać "ciasto" o konsystencji nieco gęstszej niż naleśnikowa. Perece posmarować żółtkiem rozmąconym z mlekiem, piec na bladozłoto w 250'C (chyba ok. 8 min.), wyjąć, polać polewą, dopiec 2-3 min. W żadnym razie nie czekać aż ostygną ;-)
*Doszły mnie słuchy, że w tym roku, ze względu na całkowity zakaz palenia w miejscach publicznych zamknięto na głucho również patio - o zgrozo! Nie łatwiej było wywiesić kartkę?
** kafić - sch.'bar, knajpa, kawiarnia'
*** czyli wujków i cioć - nikt nie mówi do dorosłych per "Pan/Pani", dzieci są bardzo bezpośrednie i swobodne.
****Ciasto się bardzo zbiega, ale nie trzeba się tym przejmować, kształt łatwo poprawić, gdy perece już podrosną.

wtorek, 24 stycznia 2012

Kremówka

Na pewno w Nowym Sadzie, na pewno jakieś 7 lat temu. A chyba nawet potrafię podać dokładną datę? Dziewiętnastego sierpnia, przed siedmiu laty. Kolejne urodziny Natalii T. świętowaliśmy zajadając się kremówkami w Nowym Sadzie, w jednej z tych cukierni, o których na pewno tu jeszcze napiszę, wtedy właśnie, prawie 2000 km na południe od Polski, po raz pierwszy jadłam ciastko, które tu obrosło legendami - tak to bywa :-)

Ze słodyczami w serbskich cukierniach sprawa jest prosta - korzenie swe wywodzą albo z Orientu albo z Austro-Węgier. Odnośnie kremówek, zwanych tam krem-pitami wątpliwości więc nie ma żadnych, krem-pite* wyglądają bardzo po europejsku. I może właśnie dlatego dylematy: z Krakowa czy z Warszawy, cukiernik z Cracovii czy cukiernik z Wadowic nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia - wrzuciłam kremówkę razem z pischingerem, schnnenockeln czy strudlem do worka z napisem Austro-Węgry i już, tym razem wyjątkowo zaniechałam dociekań skąd pochodzi** :-) Słynne kremne rezine ze słoweńskiego Bledu, równie słynne kremšnite z Somboru nie różnią się w końcu prawie niczym od austriackich Cremmeschnitten, krakowskich kremówek czy krem-pity z serbskiej cukierni.

Jakoś w połowie grudnia Karolina napisała mi: Mam taki krakowsko-mieszczański pomysł, gdzie mogłbyśmy pójść i o tym nawet napisać (albo i nie, ale i tak zawsze chciałam tam pójść). Na słodko :) Nie wiem ile musiałabym myśleć, nie wpadłabym na to że myśli Karolina o Noworolu, kawiarni w sukiennicach, kawiarni z tradycjami, podobno pierwszej krakowskiej kawiarni w wiedeńskim stylu. Kawiarnie w wiedeńskim stylu kojarzą mi się z przestrzenią, marmurowymi stolikami, giętymi krzesłami i kawą Julius Meinl - trzy pierwsze cechy Noworolski jak najbardziej posiada, kawa zaś, choć nie "z chłopcem", to coś, co uważam, że w tym miejscu zasługuje na - co najmniej - wspomnienie, kawę bowiem podają w Noworolu wyśmienitą. I ponieważ wolę mówić o plusach dodatnich to o deserze nie wspomnę (choć Karoliny był podobno b. dobry!), dodam tylko że nie jadłam tam kremówki, a może to błąd, w końcu mój ulubieniec, Makłowicz Robert pisze: Porządną kremówkę zjesz w Krakowie u Noworolskiego. Może następnym razem, choć nie wiem czy szybko nastąpi, bo, gdybym miała pokusić się o krótki opis samej kawiarni powiedziałabym tak: jeśli nie masz co najmniej 60 lat lub nie jesteś niemieckim turystą, w ostateczności profesorem UJ, możesz poczuć się u Noworola trochę nie na miejscu. Chociaż dla samej kawy - warto***!
Idea ciastka składającego się głównie z kremu nigdy specjalnie mnie nie przekonywała, zapewne dlatego, że nie jestem miłośnikiem przekładańców z masami, tortów etc. Te serbskie okazały się jednak całkiem niezłe, w Krakowie też trafiłam na takie, które mogę zjeść ze smakiem, prawdziwym odkryciem okazała się jednak domowa kremówka z przepisu Pani J. Kremówki z cukierni to zazwyczaj przełożone kremem dwa cienkie płaty ciasta francuskiego (w Serbii strudlowego), domowe ciasto to zupełnie inna bajka - delikatnie listkujące się kruche, niezbyt słodkie, przepis-skarb, na szczęście nie zamknięty na trzy spusty w kajecie pani domu :-) I krem - krem od Basi, która na moje żale o zwarzonym kremie z przepisu z gazety, napisała: Najlepsze są sprawdzone przepisy i podała przepis swojej Mamy - najlepszy :-)

Kremówka, wcale nie jak z cukierni (przepis na ciasto - z kajecika Pani J., przepis na krem - od Basi):

ciasto:

2-2,5 szkl. mąki krupczatki****
1 kostka masła (stara kostka - 250 g)
3 łyżki kwaśnej śmietany
3 żółtka
szczypta soli, szczypta cukru

krem:

1 szkl. cukru + 1-2 łyżki cukru z wanilią
3 łyżki mąki
150 g masła
4 żółtka
1/2 l mleka

+ cukier puder

Ciasto: mąkę (z solą i cukrem) posiekać dokładnie z zimnym masłem, dodać zimną śmietanę i żółtka, zagnieść szybko ciasto, dobrze schłodzić (najlepiej przez noc). Rozwałkować cienko na placek wielkości podwójnej dużej blachy, przekroić na pół, upiec w 200'C, ostudzić.

Krem: Cukier i cukier z wanilią wymieszać z mąką, utrzeć z masłem na bardzo gładką masę. Pod koniec wetrzeć żółtka. Do kremu powoli wlewać wrzące mleko, następnie całość gotować na wolnym ogniu cały czas mieszając, aż masa dobrze zgęstnieje. Przestudzonym kremem przełożyć płaty ciasta, schłodzić, posypać cukrem pudrem. Sprawdzone!
* Czyli pitą z kremem, w Serbii pita, to jak już kiedyś pisałam, każdy wypiek z cienkim ciastem.
**Bo może a nuż z Francji? ;-)
***A w dobrym towarzystwie warto zawsze - Karolina, dzięki! :-)
***zależy od tego jak gęstą mamy śmietanę, proporcje mają być takie by dało się zagnieść miękkie, ale nie klejące ciasto.

PS. Nawiązując do komentarza Karoliny dodam jeszcze moją odpowiedź na pytanie: iść czy nie iść - iść! Z odpowiednim nastawieniem - Noworolski to dla mnie nie miejsce do przesiadywania przez długie godziny, od tego mam Cafe Camelot czy Cafe Szafe odkrytą niedawno, kawiarnia Noworolskiego to jak całe Sukiennice, miejsce do odwiedzenia w ramach zwiedzania Krakowa, ot.

edit 11.07.2012: A jednak! Byłam w Noworolu po raz kolejny - tym razem spróbowałam owej zachwalanej kremówki i.. od dziś ja również będę ją zachwalać! Kremówki w kawiarni Noworolskiego są moi drodzy dokładnie takie jak powinny być, delikatne, maślane, odpowiednio słodkie - doskonałe! Kilka dni temu miałam też okazję skosztować słynnych kremówek w Wadowicach i cóż - spirytusowo-margarynowego smaku szybko nie zapomnę (choć, by być uczciwą, dodam, że części towarzystwa smakowało) - jeśli macie ochotę na kremówkę - do Noworola marsz :)

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Z suszonymi owocami - keks

Jak co roku o tej porze (a był grudzień) siedzieliśmy przy zielonym stoliku w Semaforze*, góra była zajęta, więc wyjątkowo na dole, wyjątkowo - bo na dole zimą bywa raczej zimno. Na szczęście jest i na dole zielona koza, ogień i kosz drewna, nas też było kilkoro, stolik niewielki, doskonałe humory (i ciepłe szaliki i piwo, które niektórzy próbowali podgrzewać przy kozie) ogrzewały atmosferę. Tak więc siedzieliśmy przy zielonym stoliku i opowiadali kto, z kim, gdzie i jak to możliwe i dlaczego ta zima taka dziwna, na ciężkie tematy, na których się nie znamy a na które tak lubimy dyskutować nie przyszedł jeszcze czas, na życiowe tematy najlepiej rozmawia się w okolicach północy.

Do północy było jeszcze daleko, gdy przyszła Ewa, wyjęła z torebki aromatyczne zawiniątko i mówi: Mam dla Was keks, chcecie? Też pytanie! Zawiniątko kryło keks bardzo świąteczny, z białą polewą upstrzoną żurawinowymi kropkami i podobno bardzo zdrowy, bo razowy, ale o tym akurat jeszcze wtedy nie wiedziałam. I, gdy większość keksów, których miałam okazję dotychczas próbować kwalifikowało się do kategorii "sucha buła" (czyli niedobre ;-)), tak keks Ewy był obłędny - lekki, wilgotny i pełen bakalii, właściwie były to bakalie w odrobinie delikatnego, ciemnego ciasta, bardzo aromatycznego. O przepis nie musiałam długo prosić (Ewa, dziękuję!) i jakież było moje zdziwienie, gdy się okazało, że ów pyszny keks piecze się z razowej mąki, płatków owsianych, odrobiny tylko cukru.. Wielkie, bo jestem raczej znana z psucia wszelkich zdrowych przepisów ;-), nie udało mi się dotychczas oszaleć na punkcie super zdrowej żywności, uważałam zawsze i nadal uważam, że mąka razowa nie zastąpi białej (jak razowy chleb nie zastąpi białego i na odwrót), ksylitol nie zastąpi białego cukru (bo brzoza to nie buraki) i nie ma co się oszukiwać, z otrąb drożdżowej baby nie będzie.

Właściwie nie miałam zamiaru pisać tu dziś o dietach, ale trafiłam na artykuł Marty Gessler Brownie bez glutenu** (najnowsze WO), z którego to artykułu dowiadujemy się, iż, cytuję: kulinarny hot trend na 2012 to jedzenie bezglutenowe, które w dodatku ma być złotą receptą na odchudzanie. Więc będzie dygresja. Do trendów i mód mam taki stosunek, ze zazwyczaj konsekwentnie je ignoruję, ale wobec takich, powiedzmy wprost - bzdur, zmilczeć nie umiem. Gdy czytam o coraz to kolejnych dietach-cud, nakazujących eliminować takie czy inne składniki, mam ochotę od razu proponować dożylnie glukozę, zgaduję że efekt odchudzający zadowoli każdego.. Ale czy o to chodzi?

U Dominiki na lodówce wisiał kiedyś rysunek ze zwierzątkami, św. Piotrem i hasłem Jedz mniej, bramy raju są wąskie. Mniejsza o metafizykę, ale trafniejszej wskazówki dotyczącej odżywiania nie znam. Jemy za dużo, to i tyjemy, proste. Jedna pszenna bułka albo dwa ciastka, nikomu nie zaszkodzą, wiadro choćby najzdrowszych otrąb - i owszem. Po co z czegokolwiek rezygnować, kiedy wystarczy zmniejszyć porcje ? Jeść wszystko, a po trochu, w ilościach odpowiednich dla jednej osoby, a nie za dwoje, za troje? I z radością, ze smakiem, to przede wszystkim!
A wracając do keksa Ewy - był pyszny :-) Oczywiście, że wypieki z razowej mąki mogą być pyszne, byle nie twierdzić, że są doskonałe "zamiast". Keks Ewy to nie żaden erzac, to doskonały keks z masą suszonych owoców, otrębami i białą czekoladą. Choć i ten doskonały przepis trochę zepsułam, bo, jak mawiam, płatki owsiane kłują w zęby, więc ich nie dodałam ;-)

Keks - przepis Ewy W. + co nieco ode mnie:

1,5 szkl. mąki
1,5 szkl. otrąb***
3 jajka
50 g oliwy
50 g stopionego masła
3 łyżeczki sody (płaskie)
3 łyżki pomarańczy i skórek pomarańczowych usmażonych w cukrze
2 łyżki miodu gryczanego (raczej czubate)
1 łyżeczka zmielonego kardamonu
0,75 szkl. brązowego cukru + 3 łyżki cukru z wanilią
2 szkl. suszonych owoców (rodzynki, suszone śliwki, porzeczki, jagody, żurawina)
1 szkl. migdałów
100 g ciemnej czekolady
+
1 szkl. alkoholu do namoczenia owoców (u Ewy wódka+domowe wino+rum, u mnie miód pitny+rum)
+
biała czekolada, 2-3 łyżki mleka, suszone owoce

Owoce posiekać, namoczyć w alkoholu. Do owoców dodać miód, pomarańczę i czekoladę. Mąkę połączyć z otrębami i cukrem. Jajka ubić, wymieszać z tłuszczem, połączyć z bakaliami. Dodać suche składniki, dobrze wymieszać, przełożyć do keksówki. Piec 45-60 min. w 175'C (do "suchego patyczka"). Białą czekoladę rozpuścić w gorącym mleku (bez mleka lubi się przypalić), rozsmarować na przestudzonym cieście, udekorować suszonymi owocami, np. podsuszonymi jagodami z nalewki jagodowej bądź jak Ewa - żurawiną.
A w nawiązaniu do PS. z poprzedniej notki o nalewce, proponuję keks z owocami z tejże - wrzucenie do keksa owoców z nalewki to mój pomysł, nieskromnie powiem, że chyba całkiem niezły :-)

Keks z suszonymi owocami z nalewki - wariacja na temat przepisu Ewy:

2 szkl. mąki
3 jajka
0,75 szkl. cukru
0,25 szkl. oliwy
0,25 szkl. stopionego masła
1 łyżeczka proszku do pieczenie (płaska)
1 łyżeczka sody (płaska)
sok i skórka z 1 cytryny
3 łyżki nalewki na suszonych owocach
1 łyżka miodu lipowego
2 szkl. suszonych owoców z nalewki
0,5 szkl. migdałów
0,5 szkl. orzechów włoskich

Jajka ubić z cukrem, ciągle ubijając dodać tłuszcz. Masę jajeczną wymieszać z sokiem z cytryny, miodem, skórką i alkoholem, dodać bakalie, wymieszać, dodać mąkę z proszkiem i sodą, znów dobrze wymieszać. Ciasto przełożyć do keksówki, piec do suchego patyczka (coś ok. 60 min.) w 175'C. Lekko alkoholowy, pyszny!
*Semafor = Pub Pod Semaforem w Szczytnie. Zajmuje starą wieżę wodną tuż przy stacji kolejowej i tak jak Cafe Camelot w Krakowie, tak w Sz. najbardziej lubię właśnie Semafor. Za co? Przede wszystkim za towarzystwo, z którym zdarza mi się tam (kilka razy do roku) bywać, a poza tym za owe ciasne, zielone ławy i arcyniewygodne okienne nisze, drewniane podłogi, ceglane ściany, za żywy ogień, za kolejowo-szalony wystrój, za gorącą herbatę w blaszanych kubkach i za trzy towarzyskie kundle, które lubią zająć pół podłogi na górze. Za dość nieokreślone godziny otwarcia, pierońsko kręte schody i za lotki latające nad głowami też lubię i przy okazji dziękuję D+K+P a chyba zwłaszcza P za uświadomienie, iż można celować nie tylko "oby do tarczy" ;-)

** U Ewy było tak: 1 szkl. mąki, 1 szkl. otrąb, 1 szkl. płatków owsianych, może być też 2 szkl. mąki razowej + 1 szkl. płatków.

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Z suszonymi owocami - nalewka

Piotrusiu! Zauważ, czego w naszym kraju nie może restaurator. Nie może np. robić nalewek. Nikt zresztą nie może robić nalewek, by je sprzedawać, a ich konsumpcja dozwolona jest tylko na imieninach u wuja. Robiąc nalewki, korzysta się z alkoholu monopolowego, więc nie jest to bimbrownictwo, a jednak w trosce o obywateli żadnej nalewki, poza "Nalewką babuni", której producent winien się smażyć w piekle, nie uświadczysz. A przecież nalewki to arcypolski specjał. Znaszli inny kraj, gdzie dereniówka czy pigwówka dojrzewa?
Robert Makłowicz do Piotra Bikonta, Polska kuchnia nielegalna, Wprost 37/2003

Tak pisał Makłowicz do Bikonta niemal 10 lat temu, na łamach Wprost. Uwielbiam te ich listy, ich kwieciste uprzejmości, uwielbiam jak piszą do siebie "Mój drogi Bobeczku!", "Piotrusiu drogi!", uwielbiam ich celne uwagi, mniej czy bardziej cięte żarty, narzekania bez sensu nie lubię, ale M+B nawet jak się burmuszą to z sensem. I z humorem.

Coś jest w tym, co piszą o nalewkach. Niby ma to swój urok, że tylko domowe, tylko własne, wyczekane, ale przecież nie każdy nastawia nalewki, niektórzy mają przyjaciół, którzy lubią zrobić więcej niż są w stanie wypić i obczęstować, ale przecież można by wyjść na nalewkę do miasta.. Można by ten arcypolski specjał pokazać niepolskim gościom, można by? Idzie może powoli ku dobremu, Slow Food coraz szerzej promuje domowe przetwory, prawdziwe sery, przedni lokalny alkohol, póki co raczej na targach, jarmarkach czy festynach, od czegoś zawsze trzeba zacząć :-)

A są i miejsca wyjątkowe.

W uroczych, obrazkowych menu krakowskiej Cafe Camelot jest cała strona z nalewkami, może nawet dwie? Zastanawia mnie to zawsze, ilekroć tam jestem - czy nalewki z Camelota to takie prawdziwe domowe nalewki, skąd je biorą? Jedno jest pewne, to na pewno nie są Nalewki Babuni, Dziadunia, ani żadne wynalazki, to naprawdę smaczne, uczciwe nalewki. Są przeróżne i jest hit - nalewki na gorąco, takie na zimę, aromatyczne, pyszne. I gorąca wiśniówka z suszonymi figami - tym pomysłem jestem zauroczona :-)
Do Loch Camelot trafiłam dzięki Basi, a właściwie z Basią, gdy przyjechałam do Krakowa jakiś czas temu - mieszkałam wtedy jeszcze w Szczytnie, a w Krakowie znałam (pamiętałam) tylko kościół z witrażami*, kościół z wahadłem** i kilka pocztówkowych widoków. Basia powiedziała, że musi, do Loch Camelot musi iść jak już jest w Krakowie i w zupełności to rozumiem :) To taka bardzo krakowska kawiarnia***, z drewnianą podłogą, koronkami, świątkami, niskim sufitem i stolikiem w oknie, stolikiem do przesiadywania, choć raz na jakiś czas..

Dziś zaproponuję nalewkę na suszonych owocach, nalewkę inspirowaną gorącą wiśniówką z suszonymi figami i śliwkami z Loch Camelot, na nalewkę bakaliową zaprasza dzisiaj też Basia :-)
Bakaliówkę nastawiłyśmy na nieco słabszym niż zwykle (przy nalewkach na świeżych owocach) alkoholu, być może dzięki temu dojrzała b. szybko, już dziś jest doskonała.

Nalewka na suszonych owocach - inspiracja: nalewka wiśniowa z suszonymi figami i śliwkami z Cafe Camelot w Krakowie:

Owoce, np.:
100 g suszonych wiśni
100 g suszonych śliwek
100 g suszonych fig
50 g suszonej czarnej porzeczki
50 g kandyzowanej skórki cytrynowej
50 g kandyzowanej skórki pomarańczowej
25 g suszonych owoców dzikiej róży
25 g suszonych jabłek
25 g suszonych gruszek bergamutek
garść jasnych rodzynek
garść suszonych jagód z nalewki
garść orzechów włoskich
1 wędzona węgierka

Przyprawy:
1/3 laski wanilii
3 listki laurowe
13 ziarenek czerwonego pieprzu
5 ziarenek czarnego pieprzu
3 kardamony

+750 ml wódki 40%
+250 g cukru

Owoce i przyprawy (lekko rozgniecione) wrzuciłam do dużego słoja, zalałam wódką, odstawiłam na 14 dni. Po tym czasie zlałam pierwszy nalew (delikatnie wyciskając owoce), owoce zasypałam cukrem, odstawiłam na kolejne 10 dni, co 2-3 dni zawartość słoika mieszałam. Zlałam otrzymany syrop, połączyłam z pierwszym nalewem, odstawiłam do sklarowania. Nalewka dojrzewa dopiero 2 tygodnie, a już jest pyszna!
*Kościół Franciszkanów z witrażami S. Wyspiańskiego.
** Wahadło Foucaulta a kościół Wszystkich Świętych.
***Choć klimatem przypomina mi trochę sopocki Zaścianek, pierwszą moją kawiarnię, może dlatego ją tak polubiłam? Cafe Camelot obok Chederu to zaś najulubieńsze miejsca w Krakowie :-)

PS. Trzeba to jeszcze jasno napisać: owoce z nalewki są obłędnie pyszne i absolutnie nie należy ich wyrzucać, tylko ponownie podsuszyć i dodać do placka! :-)

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Honeycomb

Pierwszego dnia stycznia obudziło mnie słońce. Po blisko dwóch tygodniach pod czapą chmur, olśniewający noworoczny poranek był jak najlepsze życzenia. A na stole, obok innych łakoci, stały słoneczno-bursztynowe w kolorze, miodowe w smaku karmelki - żeby Nowy Rok był słodki :-)

Honeycomb (także hokey pokey, sponge toffee, cinder toffee) to kawałki miodowego karmelu, przesłodkie cukierki o strukturze plastra miodu. Charakterystyczny przekrój uzyskuje się przez dodanie do ciepłej karmelowej masy sody kuchennej, dwutlenek węgla, będący jednym z produktów termicznego rozkładu sody "spulchnia" masę, podobnie jak dzieje się to choćby w pierniku, dzięki czemu karmelki wyglądają właśnie tak, jak plaster miodu*.

Honeycomb to jedne z tych łakoci, które, gdy raz zrobione, już zawsze chce się mieć na stole, miodowo słodkie, delikatne, chrupiące, przepyszne. Przypominają mi trochę miodowo-maślane cukierki (na kaszel) Neli - przepisy Neli uwielbiam i od dawna na cukierki miodowe miałam ochotę, wiem jednak z doświadczenia, że gdy przepis brzmi "gotuj, aż kropla upuszczona na talerzyk ma konsystencję taką i taką" - lepiej jest iść na nauki do kogoś, kto już umie i pozwoli przyglądać się jak robi takie łakocie przy nas, z cukierkami Neli więc jeszcze chwilkę poczekam :-)
A tymczasem robię honeycomb (zwykle późną nocą - by rankiem nie trzeba było czekać ;-)). Przepisów na honeycomb jest wiele, wybrałam taki z masłem i miodem właśnie (jak u Neli), inne przewidują użycie syropu cukrowego, octu, niektóre pomijają miód. Nie lubię golden syrupu, ocet w przepisie jest zbędny (wystarczy temperatura > 50'C), miód zaś uwielbiam - wybór był bardzo prosty :-) Honeycomb można pokruszyć drobno i zajadać z jakimś ekstra kremem (moje typy - custard lub crema di mascarpone) czy z lodami, można opatulić czekoladą**, można też postawić w słoiku na stole i zajadać jak karmelki (nie tylko na gardło) - wszystkim smakują więc długo nie postoją :-)

Honeycomb, czyli plaster miodu - z przepisu Arka i moje trzy grosze:

80 g miodu
80 g cukru
40 g masła
2 łyżeczki sody oczyszczonej
+ pół zmielonej laski wanilii (lub same ziarenka), ewentualnie odrobina startej skórki cytrynowej, szczypta czarnego pieprzu (tu tylko wanilia)

Na wolnym ogniu rozpuścić masło i cukier, dodać miód, zwiększyć gaz, gotować 3-5 min do otrzymania miodowego karmelu (masa uzyska intensywny, bursztynowy kolor). Zdjąć z ognia, dodać sodę, szybko, dokładnie wymieszać - masa powinna się spienić. Bardzo delikatnie przelać do formy (na ok 1 cm wysokości lub mniej), poczekać aż masa zastygnie, pokruszyć na mniejsze lub większe kawałki, przechowywać w zamkniętym słoju. Pyszne, słodkie, na słodki Nowy Rok :-)
*No tak, niezbędne jest uruchomienie wyobraźni ;-)
** Przy czekoladzie dodam jeszcze, że to właśnie honeycomb siedzi w batonikach Crunchie, no przecież :-)

Dobrego 2012 Wam życzę! :-)