piątek, 6 lipca 2012

Kruche z jagodami

Jak powszechnie wiadomo (choć niektórzy nie wiedzieć czemu próbują się z tą niepodważalną wiedzą kłócić) ciasto idealne to ciasto drożdżowe - drożdżowa bułeczka, drożdżowa buła, drożdżowa baba nie ma sobie równych - tak jest i już. Bywa jednak i tak, że okoliczności przyrody nie pozwalają w pełni docenić walorów owego ciasta doskonałego,  ciasto zagniatane przez 20 min. w 30 stopniowym upale ma się ochotę cisnąć za okno by nie przypominało o hektolitrach potu nad nim wylanych, sama myśl o zagniataniu, czekaniu, znów zagniataniu, znów czekaniu powoduje ciskanie gromów w kierunku ewentualnego placka - wówczas ..
Wówczas kruchego z borówkami nie przebije nic - tak właśnie jest. I już :-)

Doskonałe kruche z borówkami podają w praskiej Café Louvre* - cieniutkie kruche ciasto (wedle menu - linckie), borówki, gałka waniliowych lodów - nic dodać, nic ująć. Czasem mam ochotę spróbować w Louvrze czegoś innego (choćby naleśników z rumovými rozinkami), borůvkový koláč jest jednak zwyczajnie uzależniający i znów kosi konkurencję w przedbiegach.

Opowiadałam kiedyś o moim ulubionym praskim ciastku z jagodami Basi - upewniwszy się, że mówiąc jagody mam na myśli borówki, Basia strzeliła od razu: A nie mówisz przypadkiem o borówkowym z Cafe Louvre? No przecież, że tak!
Domowe ciasto z jagodami przygotowuję na najzwyklejszym, dobrym kruchym spodzie - nie za mocno maślanym, żółtkowym, czasem z wanilią, czasem z cytrynową skórką, zazwyczaj i z wanilią i z cytrynową skórką. Spodu nie podpiekam, ma być szybko, ma się trochę rozwalać, ma trochę brudzić, w końcu cóż bardziej letniego od rąk granatowych od jagodowego soku? :-)

Kruchy placek z jagodami znanymi również jako borówki, ale tym razem pieczony na Mazurach więc przecież jagody :-) - z kajecika:

2 szkl. mąki
0,5 szkl. cukru
100 g masła
2 żółtka
skórka otarta z cytryny
wanilia

1 l jagód
 3 łyżki cukru

cukier puder do posypania

Mąkę posiekać z masłem, dodać resztę składników, zagnieść ciasto, schłodzić w lodówce przez ok. 1h. Ciasto wyłożyć na blachę, schłodzić jeszcze raz (30 min. wystarczy),  posypać jagodami i cukrem, piec ok. 30 min. w 180'C. Po przestudzeniu posypać cukrem pudrem. Lato!
*Będąc w Pradze Café Louvre odwiedzić po prostu trzeba - w moim przypadku było to trochę tak jak z owym kruchym z borówkami - znalazłam Cafe Louvre i nie muszę szukać dalej - naprawdę warto wdrapać się na drugie piętro kamienicy przy Narodni 22 po to by pogapić się na fontannę, na mapę z kawiarniami "w wiedeńskim stylu" i na witrynkę z łakociami, po to by usiąść przy stoliku w kawiarni, w której przesiadywać podobno lubił pan Einstein, po to by wpałaszować borůvkový koláč!

środa, 13 czerwca 2012

Chleb oliwkowy

Wiele osób, które poznałam w czasie studiów, opisać mogłabym najkrócej za pomocą słowa barwny. Marka zwanego Kozłem, jednego z moich współlokatorów ze studenckiego mieszkania na Przymorzu, znałam jeszcze w liceum, nie zmienia to jednak faktu, że określenie barwna postać pasowało do niego jak ulał. Poza kilkoma zdecydowanie barwnymi cechami osobowości oraz zakonserwowanym w alkoholu wieprzowym sercem, które to serce przez rok stało w litrowym słoju na naszej wspólnej lodówce, Marek posiadał pewien, rzekłabym, zwyczaj. Otóż zawsze, gdy w jego zasięgu pojawiała się jakakolwiek potrawa z oliwkami, musiał on spróbować choćby jednej oliweczki. Nie, nie był Marek smakoszem oliwek, wprost przeciwnie - nie cierpiał oliwek jak zarazy, a próbował, jak twierdził, tylko po to, by przekonać się, czy nadal ich aż tak bardzo nie znosi..

W czasie studiów poznałam też pewną Ewę - Ewę, która świetnie gotuje, a jeszcze świetniej gotuje Jej mąż, człowiek-orkiestra, kucharz, DJ i wykładowca akademicki w jednej osobie. Pewnego razu, w czasie jakiejś rozmowy o gotowaniu, Ewa wyznała szczerze, iż ona bardzo chętnie dzieli się przepisami, podaje je jednak w dość specyficzny sposób - pomijając zawsze jeden lub dwa składniki, bez których potrawa, owszem - uda się, nie będzie jednak smakować TAK jak u Ewy.. Bo Ewa lubi mieć gości, więc jak komuś u Ewy smakuje, to niech do niej przychodzi a nie gotuje sobie sam w domu, a co! No i usłyszeć "Tak ugotować to tylko ty potrafisz" też jest miło, nieprawdaż? :-)

Traf chciał, że właśnie Ewa piekła pewien pyszny chleb, chleb który smakuje oliwkami, pachnie oliwą, obłędny oliwkowy chleb (a jeśli wcześniej tego nie napisałam, to dodam, że w przeciwieństwie do Marka Kozłem zwanego oliwki uwielbiam) - nie spytałam o przepis, o nie! Skoro Ewa chce mieć gości, to nie ma sprawy :-)
Jakiś czas temu wypatrzyłam jednak przepis na oliwkowy chleb u Oczka - upiekłam więc, czemu nie?
Ten chleb to bardzo szybki, moim zdaniem idealny na lato chleb, świetny do wszelkich śródziemnomorskich past i dodatków, fantastyczny z pesto, doskonały z pastą z suszonych pomidorem, cudowny z hummusem i warzywami - tylko niech to lato już przyjdzie :-)

Chleb oliwkowy - na podst. wspomnień i przepisu Oczka:

500 g mąki
18-20 g drożdży
3 łyżki dobrej oliwy
1 szkl. ciepłej wody
0,5 łyżeczki soli
oliwki

Zrobić rozczyn, oliwki posiekać niezbyt drobno (lub wcale). Z mąki, soli, rozczynu, wody i oliwy zagnieść elastyczne ciasto, odstawić do wyrośnięcia (powinno mniej więcej podwoić objętość). Wyrośnięte ciasto zagnieść szybko z oliwkami, przełożyć do keksówki, pozwolić jeszcze raz wysrosnąć, przed pieczeniem posmarować po wierzchu oliwą. Piec 35-40 min. w 200'C. Bardzo oliwkowy, pyszny.

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Na kruchym spodzie - makaroniki z różą

It was my job, aged 5, to gather rose petals to make jam. Each day, together with the local bees, I carefully inspected the deep green, wild rose bushes around the house to search for any newly opened buds. I had to be patient and wait for the June sun to assert itself, and mountains wind to stop howling at the fragile, early summer days. Finally, one magic morning, a bush would wake up from its green sleep and large pink flowers would greet the rising sun.
Beata Zatorska, Rose Petal Jam

Opowieścią o czerwcowych porankach małej dziewczynki, opowieścią o róży zbieraniu rozpoczyna się magiczna książka. Rose Petal Jam Beaty Zatorskiej, bo o niej mowa, to książka niezwykła, najpiękniejsza książka o polskiej kuchni jaką do tej pory dane było mi czytać, oglądać.. Właściwie wystarczyło to, że autorka zdecydowała się zatytułować książkę o kuchni właśnie tak, Konfitura z płatków róży, wystarczył rzut oka na okładkę, bym wiedziała, że to będzie TA książka, jedna jedyna książka z przepisami z Polski, którą będę polecać każdemu. Lektura i oglądanie, podziwianie ciepłych, letnich fotografii (autorstwa Simona Targeta, męża autorki) tylko pogłębiły to przekonanie - naprawdę, nie widziałam jeszcze ładniej wydanej*, nie czytałam piękniej napisanej książki z przepisami, przepisami i historiami, bo tak brzmi podtytuł Rose Petal Jam - Recipies and Stories from Summer in Poland.

Bo książka ta to nie tylko przepisy (klasyczne, domowe), to również opowieści, historie rodzinne, wspomnienia z dzieciństwa spędzonego w południowo-zachodniej Polsce i wrażenia autorki z pobytu w kraju po kilkudziesięciu latach nieobecności oraz wrażenia jej męża, który Polskę odwiedził po raz pierwszy. Pełne ciepłych uczuć historie, raz wzruszające, raz rozbawiające do łez, garstka przefiltrowanych przez wspomnienia informacji o miastach, miasteczkach, przyrodzie i zabytkach oraz historie kuchenne - kuchenne obrazki z dzieciństwa i migawki z odwiedzin po latach, wspaniała książka..

A róża? Kwitnie! W Małopolsce róża w pełni rozkwitu, na Mazurach pewnie niebawem rozwinie płatki (z tego miejsca uśmiecham się szeroko do mojej Mamy :-)) - czerwiec za pasem, więc czas na róży zbieranie, róży ucieranie, czas na smakołyki z różą w roli głównej!
Przed rokiem pisałam o makaronikach z różą, o klasycznych orzechowych makaronikach jakie znaleźć można w starych książkach kucharskich. Dziś makaroniki na kruchym spodzie - gdzieś przeczytałam, że to smakołyk krakowski, jak jest naprawdę - nie wiem, wiem jednak, że takie właśnie makaroniki - z różą i na kruchym spodzie w Krakowie były przed laty bardzo popularne, tak powiedziała mi Anitka***, a Anitka wie co mówi :-) Dodam jeszcze, że takie właśnie makaronki do dziś wypieka cukiernia Joasia, to żadna reklama, informacja jeno, upiec klasyczne makaroniki można w każdym piecu - w przeciwieństwie do współczesnych wariacji udają się zawsze i każdemu!

Makaroniki "krakowskie" - inspiracja: makaroniki z cukierni Joasia w Krakowie, przepis na podstawie tego przepisu na makaroniki Róży Makarewiczowej:

kruchy spód:
90 g masła
150 g mąki
50 g cukru
1 żółtko

makaronik:
100 g orzechów włoskich
100 g cukru pudru
1 białko


Ciasto zagnieść, schłodzić, cienko rozwałkować, podpiec w 190'C (ok. 15 min.). Orzechy drobniutko zmielić (razem z połową cukru). Ubić sztywną pianę z białek i reszty cukru, wymieszać ją bardzo delikatnie ze zmielonymi orzechami. Na przestudzonym spodzie rozprowadzić cienką warstwę róży oraz masę makaronikową, piec ok. 20 min. w 150-160'C. Po wystudzeniu pokroić w prostokąty. Pyszne, różane.
*Wychodzi na to, że robię tu dziś jakąś straszną reklamę, ale mówię z ręką na sercu - nie często trafia się na tak dopracowaną i po prostu ładną (format, papier, zdjęcia, czcionki, układ graficzny, nawet zakładki!) książkę o polskiej kuchni, co więcej forma idzie tu w parze z przepiękną treścią - o takiej książce można pisać tylko dobrze :-) Dodam jeszcze, że Rose Petal Jam przeczytałam do dziś już nie raz jeden (po raz pierwszy zeszłego lata**) i wracać do niej będę nie raz i nie dwa!
 ** Na szczęście autorka zapowiada kolejne tomy na kolejne pory roku, czekam niecierpliwie na Sugar Orange Peel i zimowe opowieści :-)
***Przepis Anitki jest nieco inny, ja pokombinowałam na własną rękę ze starymi przepisami - jak to się wszystko ma do oryginału - nie mam pojęcia. Pewnie oryginał był więcej niż jeden ;)

P.S. O Rose Petal Jam i makaronikach z różą pisze w tym tygodniu również Basia - buru, cytując Basię: czasem wychodzi na to ze sie mozna umowic bez umawiania! - polecam gorąco :-)

czwartek, 24 maja 2012

Sezamki

Któregoś dnia, podczas codziennej "prasówki", trafiłam na komiks Academic Dress Code   - przypomniała mi się wówczas pewna rozmowa z kolegą Bartoszem o bardzo słodkim przezwisku, rozmowa o modzie męskiej na naszym wydziale. Ustaliliśmy wówczas co następuje: niezmiennie w modzie są kolory ziemi i nieba (dżins ;)) i oczywiście uniwersalna czerń, garnitur nie jest mile widziany a garnitur z krawatem to absolutne modowe faux pas. Absolutnym modowym must have jest natomiast sztruksowa marynarka, kolor preferowany - brąz, kolor czarny jest również akceptowalny. Dodam, że jest to moda obowiązująca niezależnie od pory roku, komiks pokazuje również, iż obowiązuje na co najmniej dwóch kontynentach ;-)

Oczywiście, jak wszędzie tak i u nas, były i osoby, które za nic miały wszelkie "trendy", sztruksowe marynary zostawiały w szafie a na wydziale pojawiały się np. w niezniszczalnym fioletowym polarze, śmietankowym garniturze, bądź choćby w zestawach trapersko-militarnych. Był też pewien doktor, któremu imponującej kolekcji koszulek ze śmiesznymi napisami zazdrościli chyba wszyscy - mi szczególnie utkwiła w pamięci koszulka z uroczym hasłem: Everything I know I learned on the street. Sesame Street.

O tym, że uwielbiam sezamki nauczyłam się jednak nie na ulicy Sezamkowej, lecz zapewne na którejś z ulic Novego Sadu. Bałkany bowiem, mimo wszelkich swoich zalet, mają też jedną przeogromną wadę. Otóż.. nie ma tam sezamków! I o ile wcześniej bez problemu mogłam bez sezamków się obyć (lubiłam ale nie do szaleństwa), tak wówczas okazało się, że sezamki są wprost niezastąpione i jak to w ogóle może być, żeby w żadnym sklepie nie było ani jednego sezamka? ;-)
Dziś proponuję przepis na sezamki z przyprawami, chrupiące i słodkie, domowe sezamki z delikatnym aromatem przypraw. Przyprawy podpatrzyłam w książce Taste of Israel, przepis na same sezamki zaś to po prostu stary przepis na makagigi, bardzo zresztą do przepisu na Sesame Bars podobny. Rzecz jasna, tak jak mak można było zamienić na sezam, tak sezam można zamienić na jakiekolwiek orzechy, wtedy to już jednak nie będą sezamki :-)

Sezamki - inspiracja: przepis na Sesame Bars z książki The Taste of Israel: A Mediterranean Fest Avi Ganora i Rona Maiberga oraz przepis na makagigi M. Disslowej:

200 g sezamu (białego i czarnego)
150 g cukru
150 g miodu
1-2 łyżki soku z cytryny
szczypta zmielonych goździków
szczypta świeżo mielonego czarnego pieprzu
mniejsza szczypta cynamonu

Sezam uprażyć na suchej patelni i wymieszać z przyprawami. Z cukru i miodu zrobić nie za ciemny karmel, dodać sok z cytryny, bardzo szybko i dokładnie wymieszać z sezamem, zdjąć z ognia. Masę rozprowadzić na papierze do pieczenia na grubość ok. 5 mm, po lekkim przestudzeniu pokroić i zdjąć z papieru, wystudzić do końca.Pyszne, chrupiące :-)

środa, 16 maja 2012

Z Mazur, z syropem sosnowym

Gdy myślę las, widzę sosny i świerki. Las ciemny, las gęsty, sosnowo-świerkowy mazurski las. Lubię moment, gdy droga na Mazury, wiodąca skądkolwiek, robi się coraz węższa i coraz bardziej kręta, gdy wjeżdża się w mazurski las i robi się coraz ciemniej, jakby chłodniej, rześko. Zabrzmi to pewnie sentymentalnie, ale właśnie wtedy czuję, że jestem już w domu, że jestem u siebie. Coraz bardziej u siebie czuję się już i w południowych, liściastych lasach, las w mojej wyobraźni to jednak właśnie ten mazurski - ciemny, gęsty, sosnowo-świerkowy..

Jadąc na Mazury z Warszawy, w ten gęsty, ciemny las wjeżdża się niemal dokładnie na dawnej granicy Prus Wschodnich*. Kilka chwil później pojawiają się i bauernhofy, charakterystyczne domy z czerwonej cegły, pojawiają się pordzewiałe żeliwne krzyże, Prusy Wschodnie zaczynają się jednak ścianą szpilkowego lasu. Dużo w tych lasach i jałowców (zwanych tu kadykami), dużo jagodowych krzaczków, poziomek, gdzie niegdzie na obrzeżach brzeziny, czarny bez.

Przed czarnym bzem zdejm kapelusz, przed kadykiem pochyl kolano - las to jedno z głównych źródeł strawy dawnych mieszkańców mazurskich ziem - las i jezioro. Darom lasów i jezior kilka rozdziałów świetnej książki Niezapomniana kuchnia Warmii i Mazur poświęciła Małgorzata Jankowska Buttita, sporo w tej książce też informacji na temat dawnych mazurskich deserów. A wśród nich mowa o pszennych plackach. Pszenne placki, czyli po prostu naleśniki, jedzono  w Prusiech głównie na słodko, jako deser - z cukrem, z owocami, z syropami. Z podobnego ciasta pieczono też tzw. wafle czyli gofry - w żeliwnych żelazkach stawianych bezpośrednio na kuchennej płycie - dużo takich żelazek można do dziś znaleźć w starych chałupach i na złomowiskach. Największym łakociem były podobno wafle pieczone na siarze - pierwszym mleku tuż po narodzinach cielaka - taka ciekawostka.

Jakiś czas temu w Szczytnie, w restauracji Mazuriana trafiłam na deser, który ucieszył mnie jak mało które danie - tak, mam w zwyczaju narzekać, że Polska to taki dziwny kraj, gdzie bez problemu można zjeść dania kuchni włoskiej, indyjskiej czy jakiejkolwiek innej, natomiast znalezienie miejsca, gdzie serwuje się tradycyjne  dania polskich kuchni regionalnych graniczy z cudem czyli niemożliwością.  Naleśniki z mazurskim syropem z sosny, bo jeśli mnie pamięć nie myli pod taką nazwą deser ten figuruje w karcie Mazuriany to moim zdaniem doskonała interpretacja mazurskiej tradycji kulinarnej. Mazurska sosna, pszenne placki, od siebie dodaję garstkę mazurskich jagód (w lecie świeże, poza sezonem suszone - mogą być lekko namoczone w rumie**) - prosto i pysznie! A na Mazurach sosna właśnie wypuściła pędy :-)


Pszenne placki z syropem z pędów sosny - inspiracja Mazuriana i Niezapomniana kuchnia Warmii i Mazur:

1/2 szkl. mąki
1 szkl. mleka
2 jajka
1 łyżeczka stopionego masła
1 łyżeczka cukru pudru
szczypta soli
+
syrop z pędów sosny (pozwolę sobie iść na łatwiznę i odesłać do przepisu Basi***)
+
lekko ubita słodka śmietanka
opcjonalnie: garstka jagód 

Przepis jak nie przepis: usmażyć cieniuteńkie placki (naleśniki po prostu :-)), podać z syropem sosnowym i ubitą śmietanką, posypać jagodami. Pachną mazurskim lasem :)

* W miejscowości Opaleniec.
** Połączenie rumu, jagód i szpilkowego aromatu to z kolei pomysł z krakowskiej Cafe-Szafe - jeszcze o tym napiszę :) 
*** Polecam nie tylko przepis, ale i całą notkę Basi, a zwłaszcza pierwszy akapit!

PS. Dodam jeszcze, że takie placki są równie pyszne z syropem mniszkowym, choć może w notce o mazurskiej sośnie nie powinnam? :-)

środa, 9 maja 2012

Pampuchy

Mam kilka takich przepisów, przepisów-hitów, przepisów ulubionych, przepisów doskonałych - przepisów, o których poza tym, że są hitami, że są ulubione i doskonałe, zupełnie nie wiem, co napisać.Czasem zostawiam je na później, czasem coś się w międzyczasie przypomni, jakaś historia, jakiś komentarz, problem pojawia się wtedy, gdy uzbieram takich hitów z 10 i oprócz tego nic.. "Pocieszyła" mnie trochę Dorota, mówiąc: ja oglądam u Ciebie zdjęcia, bo ładne, zerkam na przepis, bo czasem masz coś fajnego, ale tych długich tekstów to nie czytam, po co czytać o jedzeniu? :)

To może raz pójdę na łatwiznę i napiszę tylko tyle, że gdyby nie to, że jednak stale za obiad idealny uważam ziemniaka to pampuchy byłyby moim obiadem ulubionym? To specjał Babci Alinki, taki sobotnio-niedzielny, słodko-drożdżowy, pachnący rodzinnym domem. A może to dom pachnie pampuchami? Dom pachnie drożdżowym, tego jestem pewna, coraz bardziej jestem też pewna, że chodzi jednak nie tyle o drożdżowy placek, co o małe drożdżowe placuszki. A już na pewno wiem, że dom małej dziewczynki, która teraz kocha drożdżowe bardziej niż jakiekolwiek inne wypieki, we wspomnieniach pachnie właśnie drożdżowymi pampuchami.
Pampuchy to małe drożdżowe placuszki, smażone na niewielkiej ilości tłuszczu, wcinane na gorąco, maczane w cukrze, słodkie, pachnące, domowe. Babcia, gdyby się dowiedziała, że proponuję Wam smażyć je z 30 dag mąki, złapałaby się za głowę, ja jednak wiem, że to ilość doskonała na obiad dla 2 przeciętnie głodnych osób, kto zjada  więcej ten sobie pomnoży :)

Pampuchy (przepis Babci Alinki):

300 g mąki
ok. 20 g drożdży
1 szkl. mleka
1 jajko+1 żółtko
sól, cukier
woda (ok. 1/2 szkl.)
1 łyżka stopionego masła
+
cukier kryształ

Z drożdży, mąki i mleka zrobić rozczyn. Połączyć rozczyn z mąką, jajkami, przyprawami, masłem i  mlekiem, w razie potrzeby rozrzedzić ciasto wodą (konsystencja ciasta ma być "plackowa",  powiedzmy, że zbliżona do baby Neli), wyrobić łyżką. Odstawić na chwilę do podrośnięcia, smażyć placki na niewielkiej ilości tłuszczu, odsączyć. Wcinać maczając w cukrze, najlepsze :-)

środa, 2 maja 2012

Do plecaka - z suszonymi warzywami

Na szlakach powyżej schronisk panuje pełnia zimy.
Informacje dodatkowe:
W razie spotkania niedźwiedzia należy wolno i spokojnie oddalić się!
Na polanach tatrzańskich zaczynają kwitnąć krokusy.
Z Komunikatu turystycznego Tatrzańskiego Parku Narodowego, 19.04.2012

Po piętnastu,  po dwudziestu minutach? Wcześniej czy później - można by nawet robić zakłady, kto tym razem pierwszy - ktoś to zawsze powie: O, jak ładnie! Tak, wśród licznych innych zalet Kraków ma i tę, że - cytując Pawła - wystarczy przejechać 20 km na południe i już jest ładnie.

Kilkanaście dni temu na owo południe ruszyliśmy w poszukiwaniu krokusów. Znaleźliśmy, a jakże, nie trzeba było specjalnie długo szukać, tak samo jak nie trzeba było szukać zimy na Grzesiu (sama się znalazła ;-)). Z wycieczki w Tatry poza zdjęciami fioletowych polan i białych szczytów, poza masą pozytywnych wrażeń, przywiozłam pomysł, by napisać czasem co nieco o posiłkach wakacyjnych, o jedzeniu na drogę, o wałówce do plecaka.

Wiadomo, czasem można zjeść w schronisku - w tym temacie nie mogę podarować i nie wspomnieć o najlepszej na świecie jajówie serwowanej jakieś 8-10 lat temu w schronisku Pod Honem w Cisnej - przy dobrych wiatrach (czyt. gdy zamówienia przyjmował chłopak) zamiast jajówy z dwóch jaj z szynką można było wynegocjować taką z trzech na cebulce - lepszej w życiu nie jadłam! Można zjeść w schronisku, można zjeść przy drodze, wałówka na drogę to jednak rzecz niezbędna. Jeżeli wiem, że nie będę nosić jej na plecach, zabrać mogę choćby i całą blachę ciasta, dziś jednak wałówka do zadań specjalnych, wałówka do plecaka.
Wakacje nad wodą kojarzą mi się nieodmiennie z zupką zwaną chińską, nie ma innej opcji - nad jeziorem, nad rzeką, przynajmniej jeden chińczyk być musi, inaczej wyjazd jest nieważny i należy go powtórzyć. Na wycieczce po górach, miejsce chińczyka godnie zająć zaś może tzw. chińczyk domowej roboty, który w zależności od użytych przypraw może stać się i daniem arabskim i daniem hinduskim - każdym. Założenia są dwa: ma być lekko (na plecach ) i sycąco, a do przygotowania potrawy ma wystarczyć porcja wrzątku. Kuskus z suszonymi warzywami doskonale spełnia oba założenia. Patent ów podejrzałam dawno temu u współspaczy w jakimś schronisku i aż żałuję, że to nie mój pomysł :-) Waży to tyle co sam kuskus, syci (żeby nie powiedzieć napycha) na cały dzień, ilość wariantów smakowych ogranicza zaś tylko wyobraźnia. Udanych wycieczek!

 Kuskus z suszonymi warzywami aka Danie błyskawiczne w stylu (tu akurat) bliskowschodnim* - bardzo dużo porcji:

400 g kuskusu
100 g suszonych warzyw (marchew, pietruszka, por, seler, cebula, czosnek)**
garść suszonych pomidorów
2 łyżki oliwy
sól
+
przyprawy, np.
po 1 łyżeczce: kuminu, słodkiej papryki, czarnego pieprzu
po 1/2 łyżeczki: cynamonu, ziaren kolendry, suszonego chili
liść laurowy
kilka ziaren ziela angielskiego
suszona cytryna (loomi)
+
wrzątek
+
4 woreczki "strunowe"

Do oddzielnych torebek strunowych pakujemy: 1 - kuskus i oliwę (kasza szybko oliwę wchłonie), 2 - suszone warzywa, 3 - sól, 4 - zmielone przyprawy (listek i loomi wkładam w całości). Na miejscu wrzucamy do miski/kubka w proporcjach dowolnych, zalewamy wrzątkiem, po kilku minutach pałaszujemy. Z widokiem na polanę krokusów - nie ma sobie równych :-)

*nazwa autorstwa Doroty :-)
**najlepsze pewnie suszone w domu, doskonałe jednak będą również warzywa dostępne w paczkach w każdym markecie  (tzw. liofilizat ekonomiczny ;-)).  Gotowiec zresztą bardziej wpisuje mi się w klimat wycieczkowy niż slow-foodowe domowe jedzenie, którego na co dzień jestem gorliwym fanem :-)

PS. I, by nie być gołosłowną - tatrzańskie krokusy - naprawdę tam są! Dużo słońca na długi weekend Wam życzę :-)





czwartek, 19 kwietnia 2012

Sefardyjskie charoset

Jeszcze pod koniec ubiegłego wieku wygląd zewnętrzny miast orientalnych wielu podróżnikom europejskim wydawał się obrazem czystej cudowności. Wiele miast umyślnie i po uprzednim przygotowaniu starało się sprawić wrażenie fatamorgany. O tym, że nie są to przesadne opowieści europejskich wędrowców i autorów dzienników podróży, niech zaświadczą pewne toponimy: Sămarră, na przykład, etymologicznie znaczy: "radość dla tego, kto ją widzi"...
Gdy po raz pierwszy jako dziecko (z kolejki, która zjeżdżała w dół z okolicznych wzgórz) zobaczyłem Sarajevo, była to prawdziwa radość dla oczu. Naiwna etymologia jeszcze potęgowała wrażenie: Sarajevo, nagle, stało się Karavansarajevo, miało to (chyba) oznaczać: Chodź, Podróżniku, i odpocznij sobie!

Pomyśl Podróżniku o zielonych wzgórzach. Wyobraź sobie, że jedziesz serpentynami wśród wzgórz, mijasz stada owiec, pasterskie szałasy, rozwalające się drewniane chałupy i nagle dostrzegasz Miasto. Czy raczej - oczom Twym ukazuje się Miasto. Miasto z białego kamienia, Miasto z czerwonymi dachami - zjeżdżasz ze wzgórz, więc widzisz je od razu w pełnej krasie, położone w niecce, na zboczach gór, poprzecinane meandrującą, płynącą przezeń rzeką i białymi, kamiennymi mostami. Miasto - Sarajevo.

Wspinające się po wzgórzach wyznaniowe dzielnice-mahale, wąskie, brukowane ulice, niskie, białe domy pokryte czerwoną dachówką, a w centrum  rynek stanowiący wspólną przestrzeń wszystkich mieszkańców - Baščaršija z jej drewnianą zabudową i kamiennym brukiem - miejsce handlu, miejsce spotkań, obszar niespełna kilometra kwadratowego na którym pomieściły się meczet, synagoga, cerkiew prawosławna i katolicki kościół. Monumentalne, jakby żywcem przeniesione z Pragi czy Wiednia budynki teatrów, bibliotek czy hoteli postawione wzdłuż rzeki Miljacki za austro-węgierskich czasów w niezwykły sposób odcinają się a zarazem komponują z orientalnym charakterem bośniackiego głównego miasta. Miasta - Sarajeva.

Wypędzeni z Hiszpanii Żydzi sefardyjscy przybyli do Sarajeva za panowania sułtana Bajazyda - sułtana, który, przyjmując ich na swych ziemiach, o królu hiszpańskim miał powiedzieć Czy można nazwać roztropnym króla, który zubaża swój kraj, a moje imperium wzbogaca? Tyle legenda, jest jednak prawdą, że obowiązujące na terenie Imperium Osmańskiego prawo chroniące Ludy Księgi przed konwersją na islam gwarantowało dość szeroką (i realną) tolerancję, przybysze nie mieli więc wątpliwości iż słusznym i oczywistym jest  by postawić swą świątynię na głównym placu, pomiędzy meczetem a kościołem. Ulice Sarajeva zaczęły rozbrzmiewać kolejnym językiem - ladino, w pismach pojawił się kolejny alfabet, zapach potraw przypominających krainę Sefarad wymieszał się z zapachami dochodzącymi z kuchni domów tureckich, słowiańskich..

Wraz z monarchią habsburską do Sarajeva zaczęli przybywać i Żydzi aszkenazyjscy - Yerushalayim chico, Mała Jerozolima, Sarajevo.
Charoset to jedna z obowiązkowych potraw pesachowego sederu. W tradycji aszkenazyjskiej składa się zazwyczaj z jabłek, rodzynek, orzechów, charoset sefardyjskie to przede wszystkim daktyle. Z daktylowo-orzechowym charoset nawet maca smakuje wybornie :-)

Sefardyjskie charoset (przepis na podstawie Encyclopedia of Jewish Food Gila Marksa i strony eSefarad.com)

200g suszonych daktyli (szczerze polecam medjool)
100g orzechów włoskich
1 łyżeczka przypraw (cynamon+pieprz czarny+goździki)
2 łyżki czerwonego wina
150 ml wody bądź rozcieńczonego syropu z daktyli

Daktyle namoczyć, zagotować. Gotować aż zmiękną, utrzeć na gładką masę, dodać przyprawy, posiekane średnio drobno orzechy i wino, dobrze wymieszać. Podawać z macą, przymknąć oko na zbyt sentymentalny ton notki ;-)

P.S. Na życzenia wielkanocne już za późno, ale życzyć pięknej wiosny zawsze można :-) Szczerze i od serca :-)

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Pasztet

Pisałam o wielkanocach szlacheckich, pisałam o wielkanocach chłopskich. Dziś napisać mogę o wielkanocy tegorocznej, a dokładniej rzecz ujmując o tym, iż tegoroczna wielkanoc mnie kompletnie zaskoczyła. Że niby już? Za tydzień? Może nie powinnam się do tego przyznawać, ale koniec karnawału zaskoczył mnie podobnie, o karnawałowych słodkościach przypomniałam sobie (a właściwie przypomniano mi) na tydzień przed Tłustym Czwartkiem - mawiają: lepiej późno niż wcale :-)

Siłą rzeczy nie napiszę dziś o dalmatyńskiej pincy czyli czeskim mazancu, nie napiszę o jidašach ani o jajecznikach ani o najlepszym pod słońcem mazurku. A tym bardziej nie napiszę o wielkopostnej pučalce. Zagapiłam się i nie mam pojęcia dlaczego, ale zupełnie się tym nie przejmuję - upiekę po Świętach, wszak mazurek równie dobrze smakuje w czerwcu, smakuje też początkiem marca, gdy spragnione wiosny i gór 3-osobowe towarzystwo (pozdrawiam serdecznie P. i D. :)) po dość długich poszukiwaniach (zasypanego śniegiem ;)) szlaku ląduje w przepięknych choć absolutnie nie wiosennych okolicznościach przyrody z 3 biszkoptami, tabliczką czekolady i blachą owego mazurka, a jedyny napotkany sklep w ofercie ma.. biszkopty, Studentską i Tanją wodkę - mazurek w Koniecznej smakuje, ach, bardzo (nawet, gdy tak naprawdę marzy się o talerzu czosnkowej zupy) :)

Trochę dziwnie się czuję nie mając na Wielkanoc żadnej słodkiej notki, ale może to dobra okazja by opowiedzieć o czymś wyjątkowym? O czymś, co sprawia, że jakkolwiek by się człowiek nie zagapił, to w pewnym momencie poczuje, że Święta naprawdę tuż za progiem? Gdy do drzwi dzwoni dzwonek (bardzo długo, bo to Dziadziu - Dziadziu zawsze dzwoni jak na alarm) i po chwili do domu wchodzi Dziadek z prostokątnym zawiniątkiem, wiadomo że to już. Zapakowany w biały pergamin pasztet Babci Alinki to łakoć nad łakocie - tak jak świąteczny deser nie obędzie się bez drożdżowej baby, tak wszystkie świąteczne i okołoświąteczne śniadania składają się z kromki chleba za masłem, jarzynowej sałatki (bez grochu) przygotowanej przez Dziadka i tegoż właśnie pasztetu. Lepszego na świecie nie ma, nawet Ci, dla których najlepsze tylko to co zrobi mamusia (a tu pozdrawiam A. :)), przyznają że pasztet mojej Babci nie ma sobie równych ;-)
(Znajdź 10 szczegółów, którymi różnią się powyższe obrazki ;))
Więc dziś przepis na pasztet. Tradycyjny, z kilku mięs, warzyw, dobrze przyprawiony, z przypieczoną skórką. Rok temu podpatrzyłam, jak Babcia pasztet piecze, tej zimy wszystko dokładnie spisałam, dziś dzielę się przepisem. Choć na co dzień wcale nie mniej lubię szybkie pasztety z samych warzyw, z ryby czy z wątróbki i owoców to pasztet Babci jest dla mnie takim pasztetem - wzorcem z Sevres, ideałem. A na słodkości zapraszam jeszcze tuż przed Świętami :-)

Pasztet Babci Alinki najpyszniejszy na świecie (na bardzo dużą ilość):

mięso:

1 kg łopatki wieprzowej (chudej)
1 kg łaty wołowej
1/2 kg indyka (np. 1 udo)
1/2 kg mięsa z kurczaka
1/2 kg skóry ze słoniny
1/2 kg wątróbki indyczej/kurzej*
+ogony, żeberka, antrykot

dodatkowo:

4-5 dużych marchewek
3-4 pietruszki
kawałek selera
1 cebula
3-4 liście laurowe
6 ziaren ziela angielskiego
10 ziaren pieprzu
1 czubata łyżka soli
+
3 bułki (namoczone w ciepłej wodzie i odciśnięte)
+
4-5 jajek
1 łyżka suszonego majeranku
1 łyżeczka suszonej bazylii
1 łyżeczka suszonej natki pietruszki
1 łyżeczka suszonego kopru
1 łyżeczka pieprzu ziołowego

1. Wątróbkę wrzucić na wrzątek, pogotować ok. 1 min., wyłączyć gaz, przykryć;
2. Resztę mięsa i warzywa ugotować z przyprawami wymienionymi tuż pod spisem warzyw (zagotować, wylać wodę, umyć gar, zalać wrzątkiem, ugotować), po ugotowaniu odjąć kości;
3. Ugotowane mięso i warzywa zmielić 2-krotnie (wątróbkę, marchew i namoczoną bułkę tylko za drugim razem);
4. Do masy mięsno-warzywnej dodać jajka i suszone zioła, wszystko dobrze wyrobić, masa ma mieć konsystencję hmm.. w sam raz ;) - ciut ściślejszą niż na mielone kotlety - powiedzmy tak (jeśli będzie za rzadka dodajemy odrobinę tartej bułki, jeśli za gęsta - ok. 1/2 szkl. wywaru z mięsa);
5. Przełożyć pasztet do keksówek, wstawić do pieca nagrzanego do 150'C, podwyższyć temp. do 200'C, gdy zacznie się piec (skwierczeć) obniżyć do 160-180'C* - piec ok. 1h. Zostawić na 10 min. w wyłączonym piekarniku, studzić w blaszkach.
6. Zajmuje to wszystko cca pół dnia, ale warto, oj warto :)*te dokładne temperatury Babcia uzgodniła w odpowiedzi na jęczenie precyzyjnej wnuczki, czyli niżej podpisanej ;) - wiem jednak jak wygląda takie pieczenie - Babcia, mimo iż od kilku lat piecze w piekarniku elektrycznym, w ogóle nie zwraca uwagi na termometr, nagrzewa piekarnik na wyczucie, piecze też na wyczucie - przez długi czas wmawiała mi, że wszystko piecze w 100'C, po prostu nie przywiązuje do tego wagi ;) Także serdecznie radzę traktować powyższe dane tylko jako wskazówkę (poprzedni pasztet piekłyśmy z Babcią właśnie w takich temperaturach, sprawdzałam, ale nie za każdym razem mam tę okazję, a pasztet za każdym razem jest najlepszy na świecie :)) - piec ma być gorący, później bardzo gorący i znów trochę mniej gorący.